W loży Pelego
Co za przygoda! Gabriel, wnuk Króla Futbolu, zaprosił nas na mecz ligi brazylijskiej do loży należącej do jego rodziny.
Byliśmy na meczu FC Santos z Recife Sport w ramach Campeonato Brasileiro Serie A, czyli odpowiednika naszej ekstraklasy. Musimy przyznać: nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. To krótka opowieść o pasji, dumie i potrzebie rywalizacji, która... nigdy się nie kończy. Zrobiliśmy tego dnia 30 tysięcy kroków, ale... warto było!
Bum, terere
Jeszcze przed meczem na Estadio Urbano Caldeira, zahaczaliśmy kibiców Santosu, pytając o powody ich miłości. Tak, to było banalne pytanie, ale jeśli słyszymy ciekawe odpowiedzi - zawsze warto je zadać. Fani opowiadali o własnej pasji z żarliwością. Jedna z kibicek przyprowadziła córkę, żeby zaraziła się tą miłością - urodziła się bowiem we Włoszech i nie była wcześniej na meczach Santosu.
Z Sylwestrem Kurkiem, twórcą klubu Brasil Czekanów, którego historia zachwyciła wnuka Pelego, przeszliśmy spacerkiem znad Atlantyku na stadion i zobaczyliśmy niezwykły mecz. Przekonaliśmy się, że fani nie opuszczają drużyny w potrzebie, trudno to zresztą sobie nawet wyobrazić. Santos zagrożony jest degradacją, przed tym spotkaniem zajmował miejsce w strefie spadkowej.
Jesteśmy w kultowym miejscu. Fot. Paweł Czado
Stadion Santosu przed meczem z Recife. Fot. Paweł Czado
Dzięki uprzejmości Gabriela, wnuka Pelego, mieliśmy miejsca w loży należącej do rodziny Króla Futbolu. Bywalcy sąsiednich lóż spoglądali na nas z ciekawością. „Co to za goście?". W największych brazylijskich klubach nie da się wykupić lóż, je się dziedziczy. Tak się złożyło, że siedzieliśmy w jedynej na stadionie loży z klimatyzacją. Zapewne przydałaby się gdzie indziej, bo ludzie wokół byli rzeczywiście gorącokrwiści. Przeżywali, gestykulowali, pokrzykiwali, wyrywali sobie włosy z głowy. Siedzieliśmy w loży z dwoma Brazylijczykami, jeden z nich zupełnie nie potrafił opanować mówienia do siebie na głos i komentowania zdarzeń. Bohaterem dnia był - polećmy Szpakowszczyzną - „nie kto inny jak Neymar". Tego dnia brazylijski gwiazdor napisał rzeczywiście niezwykły rozdział. Do Santosu wrócił w styczniu z arabskiego Al-Hilal. Łatwo nie było. Forma nie ta, kontuzje... Niektóre brazylijskie autorytety publicznie dopytywały Neymara, czy mu nie wstyd grać taką kaszanę. W dodatku właśnie naderwał łąkotkę w lewym kolanie. Lekarze doradzali artroskopię, piłkarz odmówił. Chciał zagrać i pomóc drużynie w najważniejszym momencie. W efekcie odpowiedział krytykom w najlepszy możliwy sposób.
Wyszedł na mecz samotnie, rozgrzewając się powoli, z zaklajstrowanym kolanem. Wyglądał na obolałego, a jednak wszytko zmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W Neymara jakby wstąpił nowy duch. Jego podania, zwody, strzały były najwyższej marki. Tłum, w którym większość miała na plecach „Neymar Jr", wręcz skręcał się z emocji i zachwytu. Gdy Neymar zdobył pierwszą bramkę, wrzask sięgnął nieba. „Bum, terere" - krzyczały wielotysięczne rzesze. Zdawało mi się, że stadion, drżąc, na chwilę uniósł się nad ziemię... Piłkarz ma tu jednak status herosa. Gdy szczęśliwy po zdobyciu bramki pobiegł w stronę kibiców i ociągał się lekko z powrotem na boisko - sędzia nie ośmielił się pokazać mu żółtej kartki. „Oleoleole-ole, Neymaaaar, Naymaaaar" - zawodził stadion.
Fani gospodarzy wywiesili hasła: „Bai pra cima deles, Santos" ( „Idź i ich złap") i „Lutar com fe com ardor" („Walcz z wiarą, z zapałem"). Rywalom nie było łatwo. Szczególnie byłemu reprezentantowi Brazylii Lucasowi Limie, piłkarzowi o znakomitym przeglądzie pola, który w latach 2014-17 grał w Santosie. Dawne dzieje, a jednak miejscowi fani przy każdym kontakcie z piłką go wygwizdywali. W drugiej połowie na boisko wszedł Robinho junior, syn „tego" Robinho. Ma nóżki jak patyczki, ale jest zwinny i przebojowy. Brazylia powinna mieć z niego pociechę. Skończyło się 3:0. Po meczu spod stadionu rozjeżdżały się samochody i rowery triumfalnie używając trąbek i klaksonów...
Pod stadionem został jednak pięcioletni na oko chłopczyk w klubowej koszulce dryblujący z niezwykłą zręcznością plastikową butelką między wychodzącymi kibicami. Zdyszany założył mi oczywiście siatkę...
- Jak masz na imię? - pytam, kiedy roześmiany podaje mi dłoń.
Spojrzał na mnie zdziwiony i wzruszył ramionami.
- Neymar - odparł patrząc mi prosto w oczy.
Paweł Czado
Chłopiec w koszulce Santosu po meczu prowokował do zabawy fanów opuszczających stadion. Fot. Paweł Czado
