W Korei było pięknie
Rozmowa z Tomasem Petraskiem, graczem Hradec Kralove, w przeszłości m.in. Rakowa i Jeonbuka.
Tomas Petrasek opowiada o piłce i codziennym życiu w Korei Południowej. Fot. IMAGO
Jakie było twoje pierwsze wrażenie po przylocie do Korei?
- Pierwsze wrażenie było niesamowite. Pamiętam ładne lotnisko, bardzo rozwinięte technologicznie. Seul zrobił na mnie duże wrażenie, tylko system drogowy był lekko denerwujący, bo cały czas jest się obserwowanym przez kamery. Trzeba cały czas pilnować, żeby nie przekroczyć 110 km/h, a nie było to takie łatwe (śmiech). Centrum treningowe Jeonbuka to był absolutny top, z własnym pokojem, zapewnionym śniadaniem, obiadem, kolacją, miejscem do regeneracji. Do tego boisko ze sztuczną trawą pod dachem, cztery boiska z naturalną murawą. Jeden z pamiętnych momentów był gdy pojechałem pierwszy raz do supermarketu – wybór produktów i owoców był nieporównywalnie większy od tego, co znamy z Europy. Wysoka jakość, bo oni sami to hodują na miejscu, w Korei nie ma praktycznie sprowadzania żywności z zewnątrz, a wszystko najwyższej jakości. Kawiarnie Starbucksa są na każdym kroku, ale ja najchętniej korzystałem z lokalnych, bo były na bardzo wysokim poziomie. Jak zamówiłem espresso, to nie wiedzieli o co chodzi.
Mało wiemy o lidze koreańskiej. Jaki jest poziom, zainteresowanie kibiców?
- Zainteresowanie kibiców jest naprawdę duże, w Korei gra się na ogromnych stadionach, które powstały na mundial w 2002 roku. Wiadomo, że trzeba je było trochę zrekonstruować, bo już minęło ponad 20 lat. Koreańczycy mocno kibicują, ale to są inni kibice niż ci znani ze stadionów europejskich. W Jeonbuku były akurat trudne czasy, bo byli przyzwyczajeni do sukcesów, trofeów, a wtedy ich brakowało. Pozostali jednak pozytywnie nastawieni, a jak mnie spotkali na mieście, to byli bardzo szczęśliwi, że mogą podejść, porozmawiać. Poziom kibicowania oceniłbym wysoko, zwłaszcza za bramką zawsze był głośny doping. Jeonbuk wytrzymał gorszy czas, a teraz znowu wygrał ligę. Co mnie zaskoczyło najbardziej? Jakość muraw, bo były na bardzo niskim poziomie. Często zawodnicy spoza Korei na to narzekali, miejscowi byli do tego przyzwyczajeni. Te płyty były naprawdę trudne do gry, szczególnie w czasie deszczowym, a tam opady są obfite - w Europie takiego deszczu nie znamy. Koreańczycy wiedzieli, że przerywanie i przekładanie spotkań nie ma sensu, bo deszcz nie mijał przez kilka dni. Pora deszczowa, na którą teoretycznie się przygotowywałem, i tak mnie zaskoczyła. Inny klimat zupełnie niż u nas, na początku było mi tak gorąco, że się dusiłem. Jak patrzę teraz na skład ich reprezentacji, to widzę tam kilka znanych nazwisk. Byłem w klubie na warunki koreańskie gigantycznym, więc reprezentantów było sporo. Najbardziej zaskoczył mnie jednak niski poziom sędziowania. Trudno było obcokrajowcowi działać w takim systemie, bo brak jakości to była tragedia.
Jacy są Koreańczycy?
- Ostatnio z moją żoną wspominaliśmy czas w Korei. Miejscowi potrafili być bardzo mili, pomocni itd., ale niektórzy mieli duży dystans do obcokrajowców i to delikatnie mówiąc. Może byli trochę przestraszeni, bo w moim mieście 95 procent osób nie mówiło po angielsku, może się przez to wstydzili. Pamiętam ich jako ludzi otwartych, ale bariera językowa ich hamowała. Życie jako takie było tam piękne. Mój drugi syn Lukas urodził się w Jeonju, a pierwszy chodził tam do przedszkola. Jak byli chorzy, to pojawił się problem, bo lekarstwa koreańskie na nas nie działały, jesteśmy przyzwyczajeni do trochę mocniejszych leków. Na nas to już w ogóle nie działało nic (śmiech).
Piłkarsko jaki to był dla ciebie okres?
- Doświadczyłem pracy z Danem Petrescu, który chciał mieć mnie w swoim zespole, ale nasze losy potoczyły się nieco inaczej. Po chwili już mnie nie chciał (śmiech). To trenerska legenda, ale trudno było mi się odnaleźć w systemie, który przypominał styl z lat 90., praktycznie bez taktyki, prosta piłka. Analizy meczów to były w zasadzie skróty, które były tylko komentowane. Choć nawet komentować to może mój dziadek po dobrym czeskim browarze, a nie trener. Nie dowiedziałeś się w zasadzie nic jako gracz. U niego piłkarz w takim wieku już powinien wszystko wiedzieć. Po siedmiu latach spędzonych z Markiem Papszunem, jak trafiłem na coś takiego, to było mi bardzo ciężko zrozumieć, jak w ogóle można w taki sposób funkcjonować. Teraz pewnie podszedłbym do tego inaczej i zastosował się do jego systemu, robił to, co mówił i po prostu bym grał. Nie musiałbym spędzać okresu przygotowawczego w zespole rezerw, tylko byłbym trzy tygodnie na obozie w Dubaju z pierwszą drużyną i siedział z "Danem Petersburgiem" śmiejąc się z jego żartów z okresu, kiedy był gwiazdą Chelsea. Mógłbym bardziej cieszyć się życiem, gdybym nie był tak zafiksowany na perfekcjonizm i działanie techniczno-taktyczne. Pewnie byłbym tam nawet do dzisiaj, ale życie chciało inaczej. W Rakowie przyzwyczaiłem się do profesjonalizmu.
Jakieś śmieszne historie, które zostały w pamięci?
- W potężnych opadach deszczu piłka po prostu stawała w kałużach, woda była do połowy łydek, ale i tak trzeba było grać dalej. Koreańczycy w tych warunkach grali nawet lepiej, bo dla nich to było coś normalnego. Nomem omen - czuli się jak ryba w wodzie. Z innych historii to sparing z PSG na wyprzedanym do ostatniego miejsca stadionie w Pusan. To był ostatni mecz Neymara przed odejściem, strzelił nam dwa gole, dołożył asystę i poszedł do Al Hilal.
Na co będzie stać Koreę Płd. na mundialu?
- Mają bardzo dobrych zawodników obecnie w reprezentacji. Uważam, że mogą całkiem sporo na tym mundialu namieszać. Mają graczy w topowych zespołach w Europie. Sam jestem tego bardzo ciekaw jak się spiszą, bo mam tam kilku kolegów. Byłem w Korei tylko rok, ale mam do tego kraju sentyment i będę im kibicować.
Rozmawiał Mariusz Rajek
