W Halembie grają w dziadka. A w Japonii?

Przyjechał do nas 5,5 roku temu. Nauczył się polskiego. Wciąż kopie piłkę, ale też zaliczył stosowny kurs. Zyskał trenerską licencję UEFA C, pracuje z dziećmi i dostał zaproszenie na ważną rozmowę. W Tokio.

Yu Ito odbiera od prezesa Teodora Wawocznego gratulacje z okazji setnego występu w barwach Grunwaldu. Fot. archiwum Grunwaldu Ruda Śląska

Yu Ito – tak nazywa się bohater tej opowieści. Skromny – bo skromność to jedna z cech, która tkwi w japońskiej naturze, kulturze i wychowaniu. Obok grzeczności i uprzejmości na przykład. Wyraża się owo japońskie wychowanie i kultura w różny sposób. - „Oishii!” „Smaczne!” - zawsze powie Japończyk, gdy go ugościsz, zaproponujesz jakąś potrawę. Nawet jeśli mu nie smakowała. Poczęstowałem kiedyś Yu i paru jego rodaków flaczkami. „Oishii!” - powiedzieli, kiedy już zjedli. Ale nigdy potem o nie już nie poprosili. A na przykład o ziemniaczane placki – i owszem. Było zresztą z tego powodu trochę ubawu, bo w końcu w ich ustach słowa „flaczki” i „placki” brzmiały właściwie tak samo – śmieje się Teodor Wawoczny, legendarny prezes Grunwaldu Ruda Śląska. Pewnie będzie się boczyć na słowo „legendarny”, ale w odniesieniu do niego jest jak najbardziej na miejscu. Sześć dekad w klubie, od piłkarza, przez trenera, po sternika właśnie. W tej ostatniej roli też się już kilka dziesięcioleci zebrało.

Baseball to nie to

Nie o nim miała być ta historia, ale trudno go w niej pominąć. Bo przecież od ładnych kilku lat to właśnie do A-klasowego dziś Grunwaldu przyjeżdżają młodzi Japończycy, by kopać tu piłkę. Czasem ruszają do innych, wyżej notowanych, klubów w Polsce. A czasem znajdują nową życiową drogę.

- Sześć lat temu uznałem, że w Japonii kariery piłkarskiej nie zrobię. Więc kiedy mój agent, który bywał w Polsce i miał kontakt z prezesem Teodorem, zaproponował mi wyjazd do waszego kraju, spakowałem się i poleciałem z nim – mówi Yu Ito. Jego przygoda z futbolem, rozpoczęta bardzo wcześnie, była świadomym wyborem dzieciaka. - Kiedy miałem sześć lat, rodzice zasugerowali, że powinienem zająć się jakimś sportem. Baseball (wciąż sport numer 1 w Japonii – dop. aut.), pływanie, tenis – wszystko to trenowałem na próbę. Ale w piłce nożnej czułem się najlepiej. Może dlatego, że jeden z moich kolegów chodził już na zajęcia piłkarskie do klubu.

Ten klub nazywał się Nerima City i był jednym z wielu szkolących dzieciaki w Tokio. Yu w jego barwach trenował przez pięć lat. Potem – zgodnie z japońskim systemem – trafił w tryby klubów szkolnych, w gimnazjum i liceum. W jednym z nich grywał u boku Kazumy Yamaguchiego. Dziś ten niespełna 30-latek, rówieśnik Ito, występuje na boiskach trzeciej ligi w ojczyźnie, w klubie Thespa Gunma. Ale kiedy niemal sześć lat wstecz nasz bohater pakował się do wyjazdu do Polski, Yamaguchi był piłkarzem słynnej drużyny Kashima Antlers w J1 League, a portal „transfermarkt” wyceniał go na pół miliona euro! - Dziś już nie mam z nim kontaktu – przyznaje nasz rozmówca z odrobiną żalu w głosie.

Na (właściwym) kursie

Samego Yu Ito na „transfermaktcie” nie znajdziecie – a przynajmniej nie tego, o którym tu opowiadamy (jest inny – 16-latek z Mitsubishi Yowa Youth). Ale gdyby istniał podobny serwis, archiwizujący pedagogów, „nasz” Ito zostałby w nim ujęty. Skończył bowiem w Tokio studia pedagogiczne na jednym z tamtejszych uniwersytetów. W zawodzie nie przepracował jednak ani chwili. Nie oznacza to, że owo wykształcenie nie przydaje mu się w życiu. W Grunwaldzie jest bowiem trenerem dzieciaków z rocznika 2014. A więc – i ich wychowawcą. I też ma na to papier!

- Z każdym kolejnym miesiącem w Polsce coraz więcej rozumiałem i coraz lepiej mówiłem po polsku. I w pewnym momencie przyszedł mi do głowy pomysł, by zrobić u was kurs trenerski – mówi nam Ito. A że Japończycy w swych postanowieniach są konsekwentni do bólu, założony cel wykonał podczas organizowanego przez Śląski ZPN kursu w Zabrzu. No i jest od dwóch lat dumnym posiadaczem licencji UEFA C! - Najważniejsze w tej robocie jest dla mnie to, że dzięki niej nauczyłem się też myśleć po polsku – uśmiecha się Yu Ito.

Yu Ito z pamiątkową koszulką za 100 meczów w klubie z Rudy Śląskiej. Fot. archiwum klubowe Grunwaldu

Od „szkodnika” do piłkarza bezcennego

Aha; jeszcze jedno. Ito wciąż gra też w piłkę w barwach Grunwaldu. A-klasa, zdaje się, to dla niego poziom w sam raz. - Piłkarzem był wtedy bardzo przeciętnym, nawet jak na ten niski poziom rozgrywkowy – Wawoczny zawsze wszystkie rzeczy mówi wprost, bez owijania w bawełnę. - Do dziś w klubie wypominają mi, że podczas jednego z meczów, w Katowicach, po 30 minutach beznadziejnej gry Yu krzyknąłem do trenera: „Zdejmij tego szkodnika z boiska!”. Bo on wtedy grał w pomocy, a to było zupełne nieporozumienie. Ambicji nie sposób mu było odmówić, ale do gry kombinacyjnej nie był stworzony – tłumaczy prezes Grunwaldu.

Na odkrywczy – jak się później okazało – pomysł wpadł wówczas trener halembian, Grzegorz Kapica. Choć, co w przypadku Azjaty nie dziwi, Yu brakowało warunków fizycznych do gry w roli stopera, nadrabiał te braki innymi cechami. - Ma świetne wyczucie: wie kiedy wyprzedzić rywala, a kiedy się do niego „przykleić”, nawet w wyskoku, w powietrzu – powie nam Wawoczny. - Chłopcy byli zszokowani widząc, jak mówili, „nowego Yu” uprzykrzającego przeciwnikowi życie na maksa!

Efekt jest taki, że parę miesięcy wstecz Ito świętował swój setny mecz w barwach Grunwaldu. Mało tego; w mającym już kilkudziesięcioletnią tradycję wewnątrzklubowym plebiscycie na „piłkarza rundy” (głosują sami gracze Grunwaldu), w czerwcu 2025 zajął 2. miejsce. Słowem – stał się bezcenny w zespole!

Pomidorowa jest OK, ale...

- Jestem w Polsce 5,5 roku. Wiele dobrych rzeczy mnie tu spotyka. Nie doznałem tu nigdy dyskryminacji, choć nieprzyjemne sytuacje mnie i moim kolegom zdarzały się na przykład we Włoszech czy Francji. Ludzie w Polsce są bardzo sympatyczni – dzieli się swymi wrażeniami z pobytu nad Wisłą (a raczej nad Kłodnicą, przepływającą przez Halembę) Yu. Ile w jego słowach rzeczywistej sympatii do naszego kraju, a ile kurtuazji wynikającej – a jakże... - z japońskiej kultury i wychowania, jeden... Yu raczy wiedzieć. Ale chyba jednak naprawdę mu się u nas podoba.

Wawoczny: - Zapytałem go niedawno, co najbardziej ceni w Polsce. „Jiyuu”! „Wolność” - odpowiedział natychmiast. „Nie jest się uzależnionym od kogoś innego w swych wyborach życiowych i codziennych” - dodał. System hierarchiczny w społeczeństwie japońskim jest mocno zakorzeniony.

A jednak – co zrozumiałe – Yu za Japonią tęskni. I za tamtejszym jedzeniem – co przyznał ostatnio. Owszem, w halembskim barze „Przysmak”, gdzie stołuje się on i paru jego rodaków w szeregach Grunwaldu, chętnie zamawia żurek, a jeszcze chętniej – pomidorową, ale... ojczyzna to ojczyzna, również ta kulinarna.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Bo tak jak piłka „rzuciła” go do Polski, tak teraz piłka może mu otworzyć drogę do powrotu. A wszystko za sprawą „ojczyzny-polszczyzny”!

400 (nie)łatwych zwrotów

Na parę lat przed tym, jak Yu wsiadł w Tokio do samolotu i ruszył do nieznanego kraju, w którym „jest wolność”, Teodor Wawoczny zabrał się za naukę języka japońskiego. Kiedy więc Takashi Morimoto – wspomniany wcześniej agent Ito i dziennikarz – pojawił się w Rudzie Śląskiej z propozycją występów kilku jego podopiecznych w śląskich klubach, prezes Grunwaldu mógł z nim porozmawiać nie tylko po angielsku, ale i w jego macierzystym języku. A kiedy przyleciał Yu – mający ewidentnie duże zdolności językowe – obaj panowie wzajemnie służyli sobie radą i pomocą w nauce. Na tyle skutecznie, że wkrótce – z inicjatywy prezesa – opracowali... „Piłkarski minisłownik polsko-japoński”! - Jest w futbolu wiele specyficznych terminów. Mniej więcej 400 z nich zawarliśmy w tymże słowniczku – zaznacza Wawoczny, przywołując choćby słowo „tori kago”. - Piłkarze lubią na treningu grę „w dziadka”? Proszę bardzo; nazwaliśmy ją po japońsku (tori kago to „klatka ptaka” - tak nazywa się w Japonii popularny element rozgrzewki – dop. aut.).

Kto wie, czy trenerskie drogi bohatera tej opowieści wkrótce nie przetną się z japońskimi ścieżkami Macieja Skorży... Fot. SPP/SIPA USA/PressFocus

Wizyta gościa z Saitamy

Traf chciał, że sternik Grunwaldu – bardziej lub mniej przypadkowo (raczej mniej, bo on rzadko cokolwiek zostawia przypadkowi...) - trafił na Macieja Skorżę. Szkoleniowiec Urawa Red Diamonds zainteresował się jednak nie tylko samym słowniczkiem (z podopiecznymi porozumiewa się za pomocą tłumacza, przekładającego na japoński dyspozycje trenerskie artykułowane po angielsku), ale też jednym z jego współautorów. No bo przecież dzięki Yu – i jego bezpośrednim tłumaczeniu z polskiego na japoński – mógłby jeszcze precyzyjniej docierać do zawodników w szatni. A dochodzi to tego wspomniana licencja UEFA C oznaczająca, że nasz bohater mógłby być przydatny również z czysto szkoleniowego punktu widzenia!

Scenariusz jak z bajki? No właśnie nie! Kiedy po zakończeniu rundy jesiennej Ito – tradycyjnie – wrócił w rodzinne strony, Maciej Skorża wybrał się z Saitamy do Tokio, by poznać go osobiście. - Możliwość współpracy z panem trenerem była dla mnie zaszczytem, ale też ogromną szansą na zebranie nowych, bezcennych doświadczeń – Yu jest oszczędny w słowach i wyrażaniu emocji, bo tak nakazuje japońskie wychowanie. Nie ma jednak wątpliwości, że już samo spotkanie z trenerem Czerwonych Diamentów było dlań wielkim przeżyciem!

Dariusz Leśnikowski

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się