Upadek kontrolowany
Kontuzja czy symulka na potrzeby sztabu szkoleniowego? To było – a i pewnie powróci jeszcze wiele razy – jedno z najgorętszych pytań minionych dni.
Oj, nabiegają się członkowie legijnego sztabu medycznego do bramkarza z Łazienkowskiej... Fot. Radosław Makuch/PressFocus
Trzykrotne wizyty legijnych fizjoterapeutów na murawie w trakcie meczu z Zagłębiem Lubin i (pozorne?) zabiegi mające stawiać na nogi siedzącego lub leżącego na boisku Otto Hindricha mocno poirytowały szkoleniowca gości. - Bramkarz Legii trzy razy padł na ziemię. Rozumiem raz. Ale trzy? Jesteśmy jedyną ligą, gdzie to się toleruje – podniesionym głosem mówił Leszek Ojrzyński, sugerując, że nie w każdym z tych przypadków Rumun potrzebował pomocy. - Kiedy zrobiło się trochę intensywniej z naszej strony, golkiper padał na ziemię. A minuty mijały. Doliczenie ich na koniec to nie jest to samo – podkreślał opiekun Miedziowych.
– Staram się wykorzystać każdą przerwę w grze, by dać wskazówki zawodnikom. To dzieje się przy kontuzjach, ale i po wszelkich golach – odpowiadał mu zaocznie Marek Papszun. W jego drużynach kłopoty zdrowotne golkiperów w trakcie gry były jednak dość częste, by wspomnieć regularne wizyty masażystów przy Kacprze Trelowskim, ówczesnym bramkarzu numer 1 częstochowskiego Rakowa. Może dlatego Leszek Ojrzyński generalizował, nie gryząc się w język. - Czas przyjrzeć się kontuzjom bramkarzy w trakcie gry. Postuluję o to! - grzmiał na pomeczowej konferencji prasowej.
- Może to tylko odczucie Leszka Ojrzyńskiego? Nie potrafię tego ocenić – tak do sugestii, iż to „symulka” w wykonaniu Hindricha, odniósł się były reprezentacyjny golkiper Adam Matysek. Przyznał, że nigdy w karierze nie spotkał się wprost z sugestią któregokolwiek z trenerów, by udawał uraz. - Takich rzeczy w nie przerabiałem. Choć oczywiście na boisku robisz wszystko, by wygrać spotkanie... Jeśli trzeba wynik dowieźć, to również kradniesz czas – Matysek odwoływał się do bogatej przeszłości boiskowej. Ale krótką rozmowę kończył jednak postawieniem znaków zapytania. - Ale czy kombinowałbym aż tak? W sposób niefajny dla oka? Nie wiem... - wzdychał.
Opiekun Zagłębia – prócz chęci przyglądania się takim „urazom”, zgłaszał jeszcze jeden postulat. - Powinno się zmienić przepisy! - zaznaczał. I wskazywał punkt odniesienia w owych kontrowersyjnych sytuacjach. - Bodajże w Niemczech jest zupełnie inaczej; w takich przerwach gracze nie mogą podchodzić do sztabu szkoleniowego – mówił Leszek Ojrzyński.
- Jeśli przepisy zostaną zmienione, to będziemy się do tego stosować. Nie ma żadnego problemu. Poradzimy sobie w inny sposób - zadeklarował Papszun.
Dariusz Leśnikowski
