Ulga

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Ufff... Drodzy Czytelnicy! Przyjmijcie to, proszę, do wiadomości: Polska ma duże szanse na awans do finałów mistrzostw świata. Przyznaję: trochę bałem się tego losowania. Jestem przekonany, że Biało-czerwoni mają duże szanse. Niektórzy załamują ręce, co osobiście mnie rozśmiesza. Ludzieee złoooci: żeby awansować, trzeba jednak pokonać kogoś nie tylko z łapanki! Ja wiem, że niektórzy najchętniej walczyliby z reprezentacją Trapezfiku z Tytusem de ZOO w ataku albo z ekipą Mirmiła, gdzie tercet obrońców tworzyliby Kajko, Kokosz i nieszczęsny Miluś, który nie umie nawet zionąć ogniem. Szanujmy się jednak!

Jestem w dobrym nastroju po losowaniu, bo udało się uniknąć dwójki rywali. Po pierwsze – Włochów. Mam nieodparte wrażenie, że z nimi nie dalibyśmy sobie rady bez względu na stopień kryzysu, w którym się znajdują. Jest w nich to chytre diabelstwo, które podziwiam, czyli połączenie przemyślności, siły, techniki i perfidii. Italia idzie jednak inną ścieżką, więc nie ma co się nią nawet zajmować. Po drugie więc – dobrze, że nie trafiliśmy na Irlandczyków, ale chodzi mi tylko o pierwszy mecz. Rywalizacja z nimi to bowiem olbrzymi fizyczny wysiłek, niczym półtoragodzinne chłostanie się nawzajem gałęziami. Chodziło mi o to, żeby przed drugim meczem o wszystko nie mieć w zanadrzu cierpiącej, wyczerpanej, narzekającej ekipy. Co z tego, że olbrzymim wysiłkiem wygrasz pierwszy mecz, jeśli do drugiego przystąpisz niepełnosprawny? Na szczęście Eire to również nie nasza ścieżka. Przechodzę zatem do meritum.

Na pierwszy ogień idą więc Albańczycy. Nie lekceważę ich, jest tam wielu bardzo dobrych piłkarzy, choć na pierwszy rzut mózgu nie przychodzi do głowy żadna tamtejsza gwiazda. Mam też z nimi związane dobre osobiste wspomnienia. W 1988 roku graliśmy z Albańczykami na Stadionie Śląskim. Polska wygrała po golu „Gucia”  Warzychy 1:0. Jako nastoletni kolekcjoner autografów wykazałem się przed meczem przebojowością, gdy autobus z albańską reprezentacją podjechał pod chorzowski obiekt. Zanim piłkarze gości wysiedli z pojazdu, ja... do niego wsiadłem! Byłem rzeczywiście bezczelnym kolesiem... Ówczesny selekcjoner Shyqyri Rreli wyglądał na zdumionego, ale zaśmiał się i… pozwolił zebrać kolekcję podpisów. Pochodziłem po autokarze, od rzędu do rzędu. No co: to był dobry pomysł, nie musiałem za nimi biegać. Napisali nawet sami z siebie numery koszulek, z jakimi grają, tę kartkę z autografami mam do dziś.

Na razie nie ma chyba co wybiegać dalej, do meczu finałowego, na razie nie ma co zajmować się drugą, żółto-niebieską parą, w której Ukraińcy zmierzą się ze Szwedami. Zbyt wcześnie, poza tym naprawdę nie wiadomo, kto z tego pojedynku wyjdzie zwycięsko. W ramach humoreski można stwierdzić, że dawno temu Szwecja dostała już na Ukrainie solidny łomot. Było to... 316 lat temu. W bitwie nad Połtawą, na lewobrzeżnej Ukrainie armia dziarskiego, spragnionego wojennej sławy króla Karola XII dostała w 1709 roku  paskudny łomot od wojsk Piotra Wielkiego. Szwedzki król musiał ratować się ucieczką do Turcji. Turcja też gra w barażach, ale ostatecznie w innej ścieżce więc, przynajmniej do mundialu, wzajemnie się nie obchodzimy. Na początek Albania, a gdy ją ogramy,będziemy martwić się dalej. 

Czyli co: do boju! 

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się