Tu zaczęła się gorączka złota

Po wyłonieniu ćwierćfinalistów piłkarskich mistrzostw świata w 1994 roku nastąpiła najdłuższa przerwa w całym turnieju: trzy dni bez meczów. Drużyny, kibice i dziennikarze zmieniali miejsce pobytu.

Od lewej Stefan Szczepłek (ze szklanką coli), Andrzej Gowarzewski i Wojciech Filipiak. Marek Wielgus nadal przy automatach. Za chwilę wygra 1800 dolarów. Fot. z archiwum autora

AMERYKAŃSKI SEN (część 5)

Nas nie obowiązywał terminarz reprezentacji Polski, bo jej przecież w turnieju nie było, ustaliliśmy więc już wcześniej w dziennikarskiej grupie, że szlakiem pionierów, zdobywających Dziki Zachód i poszukiwaczy złota, udamy się do San Francisco.

Złoto leżało tym razem nie w Klondike, a w Los Angeles, gdzie miał się odbyć finał, ale nie od rzeczy będzie przypomnieć w tym miejscu, że legendarna „gorączka złota” rozpoczęła się właśnie tam w 1849 roku, a do dziś w świecie sportu upamiętnia tę datę nazwa drużyny futbolu amerykańskiego San Francisco 49ers. Mała rybacka wioska szybko przekształciła się w wielkie miasto, które prosperuje do dziś jako ważna metropolia. Oprócz oglądania miejscowych atrakcji, w programie był mecz Szwecja – Rumunia, albo – jak przejęzyczył się lektor wiadomości sportowych w jednej z miejscowych stacji telewizyjnych: Szwecja – Romario.

Atak z Europy Wschodniej

Mecz był ciekawszy, niż się spodziewano. Szwecja wygrała po rzutach karnych, chociaż ich zawodnik nie wykorzystał pierwszej „jedenastki”, ale Rumuni niewiele im ustępowali. Warto przypomnieć, że w ćwierćfinale (a potem w półfinale) grała także Bułgaria – obecność dwóch reprezentacji z Europy Wschodniej wyglądała na sensację, ale nie powinna dziwić, bo grali w tych drużynach tak wielcy piłkarze, jak „Maradona Karpat” Gheorghe Hagi (Rumunia) i Christo Stoiczkow (Bułgaria), wówczas gwiazdy światowej klasy, występujący odpowiednio w Realu i Barcelonie.

Już byłem zły, że zabrałem do bagażu sweter i płaszcz, ale nad Oceanem Spokojnym jesienna garderoba okazała się przydatna. Na wschodnim wybrzeżu panowały niemiłosierne upały, natomiast w San Francisco, różniącym się pod tym względem od reszty Kalifornii, zamiast 40 było 15 stopni, a planowaliśmy spędzić tam trzy dni przed przejazdem do Los Angeles. Do tego zimny wiatr, deszcz. Nie dziwię się, że nikt nie uciekał z Alcatraz – w tych warunkach nie dało się dopłynąć na stały ląd z wyspy leżącej pozornie blisko.

Powolny „striptiz”

Na rozgrywany w południe na stadionie Uniwersytetu Stanforda mecz Rumunia – Szwecja wyruszyłem z hotelu o ósmej rano ubrany tak, jak na stadion ŁKS-u w deszczowy dzień wczesną wiosną – w wełnianej kamizelce pod marynarką i w płaszczu. Zatrzymujący się co 200-300 metrów podmiejski autobus jechał dobrze ponad godzinę i co parę przystanków zdejmowałem kolejną część garderoby. Na końcu trzeba było też podwinąć rękawy koszuli, bo jednak San Francisco jest w Kalifornii wyjątkiem pod względem klimatu. A po drodze, czytając przewodnik, dowiedziałem się, skąd się wzięły nazwy wielu miast w tamtej okolicy. Załatwił to pewien hiszpański mnich, nadając zakładanym przez kolonizatorów osiedlom nazwy według imion świętych, których posągi zdobią katedrę w Palmie na Majorce, skąd pochodził. Dlatego San Francisco, San Jose, San Bruno, San Bernardino, Santa Barbara, Santa Monica i kilkanaście innych, aż do San Diego przy granicy z Meksykiem.

Kierunek – hazard!

Pojeździliśmy już linowym tramwajem po ulicach, zwiedziliśmy Alcatraz, zastanawiając się, czy Al Capone, który był przecież Włochem, zażądałby telewizora w celi, by oglądać mecze swoich rodaków (to były czasy, gdy jeszcze kwalifikowali się do finałów MŚ regularnie – nie to, co ostatnio...). Naprzeciwko chińskiej restauracji, w której jedliśmy lunch, było biuro turystyczne oklejone plakatami reklamującymi Las Vegas. Samolot co godzinę – decyzja o zmianie planów była natychmiastowa. „Tylko proszę uważać” – ostrzegała nas pani sprzedająca bilety. – Tam można dużo przegrać i zabraknie wam pieniędzy do końca mistrzostw – ostrzegła, widząc nasze identyfikatory. – Mamy całkiem inny plan – stwierdziłem spokojnie. – Pieniądze właśnie nam się skończyły i jedziemy zarobić na dalszy pobyt – dodałem z uśmiechem.

20 centów „na odczepnego”

To były prorocze słowa! Swoje 20 dolarów, które przeznaczyłem na hazard, przegrałem szybko, ale wiadomo – wygrywa ten, kto odważnie gra. PosełMarek Wielgus, który jako fotoreporter zaliczał czwarty mundial, nie musiał liczyć diet, grał ofensywnie na automatach, w ruletkę i w automatycznego pokera, ale w pewnym momencie się znudził. – Przegrałem już chyba 200 dolarów. Idę napić się piwa – oświadczył, ale trzymając w jednej ręce kufel, drugą machinalnie wrzucił kolejne 20 centów do wmontowanego w ladę automatu. Maszyna zazgrzytała, zadzwoniła, potem zagrała, bo okazało się, że właśnie padła wygrana – 1800 dolarów! Pracownica kasyna z wielką pompą wypłaciła mu na specjalnym podium gotówkę, a cała sala z zazdrością liczyła pieniądze „sto, dwieście, trzysta…”. – No to teraz jesteśmy tu na koszt organizatorów – powiedział szczęśliwiec po odebraniu wygranej kwoty.

Nawiasem mówiąc, hotele w Las Vegas, nawet te o najgłośniejszych nazwach, ze słynnym Caesar’s Palace, w którym się zatrzymaliśmy (to był jedyny adres, jaki przyszedł nam do głowy po wylądowaniu), są całkiem tanie, bo miasto zarabia na kasynach właśnie. „Las vegas” po hiszpańsku to „żyzne, podmokłe pola, łąki”, a nazwę nadali temu miejscu wędrujący na zachód mormoni. Nic się nie zgadza – dziś jest to teren wyjątkowo suchy, wręcz pustynny, a to, co tam się dzieje, jest akurat przeciwieństwem ideałów mormońskiej ascezy.

Koncert jak... mecz – wyciska ostatnie poty

Las Vegas ma też inne atrakcje – Violetty Villas akurat nie było, ale w naszym hotelu występował Paul Anka! To nie był już ten młody skromny chłopak, którego pamiętałem z lat sześćdziesiątych, a łysiejący pan z brzuszkiem. Ale gdy zaśpiewał „Dajanę” albo „Put Your Head On My Shoulder”, natychmiast przypomniały się „tamte prywatki” z X klasy liceum, o których już wtedy śpiewał Wojciech Gąsowski, przyjaciel sportowców i dziennikarzy. Miałem okazję porozmawiać z Paulem Anką po koncercie. Po dwugodzinnym występie był zmęczony jak piłkarz po meczu. Przypomniałem mu jego tournée po Polsce w 1963 roku i koncert w dniu zamachu na prezydenta Johna Kennedy’ego. Wyszedł wtedy na scenę i zaśpiewał tylko amerykański hymn.

Barbecue z czerwonoskórymi

Co tam koncert i hazard w kasynie! Była jeszcze szaleńcza wyprawa niewielkim samolotem z kadłubem z brezentu (pasażerów ważono, by równomiernie ich rozmieścić w kabinie) nad Zaporą Hoovera do kanionu Kolorado z przelotem wewnątrz tego – jak czasem go zwą – ósmego cudu świata. Po wylądowaniu na polowym lotnisku napadli na nas Indianie, ale nie oskalpowali nas, bo uznali, że nie mamy złych zamiarów i zaprosili na barbecue. Tytuł kolejnej korespondencji w macierzystej gazecie brzmiał „Dzisiaj nie pracujemy”, a tekst poświęcony był nie prognozom na półfinał, a właśnie nocnemu życiu w Las Vegas. Odpoczynek od piłki przydał się wszystkim – dziennikarzom, ich czytelnikom i słuchaczom też. W tym samym kasynie w Las Vegas spotkaliśmy także, nie umawiając się wcześniej, Stefana Szczepłka („Życie Warszawy”), Bożenę i Andrzeja Gowarzewskich (Encyklopedia „Fuji”), Jacka Laskowskiego i Wojciecha Frączka (TVP).

Gospodarze poszli spać

Po wyeliminowaniu zespołu gospodarzy zainteresowanie mieszkańców USA turniejem spadło, a żyli nim przede wszystkim przybysze. – Jesteśmy jak na przyjęciu, na którym świetnie się bawimy, a gospodarze poszli spać – powiedział mi pewien znajomy Niemiec. W Los Angeles już go nie spotkałem – Niemcy przegrały w ćwierćfinale z Bułgarią 1:2 i szefostwo ekipy musiało dopłacić za przebukowanie biletów lotniczych na wcześniejszy termin, bo były zarezerwowane na 18 lipca, czyli dzień po finale. Włosi (2:1 z Hiszpanią) i Brazylijczycy (3:2 z Holandią) zrobili swoje. Mecze w innych miastach zapowiadały się ciekawiej, ale wyprawy do San Francisco nie żałowałem.

Wojciech Filipiak

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się