Tu rodzą się gwiazdy

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Tytułowe hasło od lat jest mottem kociewskiego miasta Starogard Gdański. To ciekawy region etnograficzny obfitujący w cenne zabytki, złożoną historię i fantastycznych ludzi. Jednym z nich jest Prezydent drugiego co do wielkości miasta regionu (największy jest Tczew) Janusz Stankowiak. Pragmatyk i idealista w jednym a sport na szczęście jest jego oczkiem w głowie. Gdy zbliżają się pierwszoligowe koszykarskie derby Kociewia Starogard- Pelplin, to nawet gole Roberta Lewandowskiego dla Barcelony schodzą na drugi plan w rozmowach kibiców. Jednak to nie koszykarz ani lekkoatleta jest gwiazdą pierwszej wielkości nad Wdą, Mątawą i  Wierzycą, ten tytuł na wieki wieków przynależy do Kazimierza Deyny. Co prawda wyjechał z rodzinnych stron jako nastolatek, ale liczna rodzina (miał dziewięcioro rodzeństwa) śledziła jego wspaniałą karierę, a wraz z nią cały region. Świeżo otwarte  Centrum Naukowo-Edukacyjne im.  Kazimierza Deyny imponuje rozmachem. To nie kolejne muzeum ku czci ze sztampową kolekcją medali i starych fotografii. One oczywiście też są, ale zainteresują już tylko tych, którzy z Deyną kopali piłkę lub oglądali go z trybun. Młodzi chcieliby wirtualnie pograć z bohaterem na konsoli, spróbować  kopnąć piłkę „rogalem", co było przecież daniem firmowym Kaki.

Kazimierz Deyna to legenda w Warszawie uwielbiana. Fot. Łukasz Laskowski/Press Focus

Zachęcam do przyjazdu do Starogardu Gdańskiego by przeżyć to samemu jak w starej piosence Lombardu. Deyna nie był bohaterem jednoznacznym, o czym świadczą liczne książki mu poświęcone. Chyba najbliżej prawdy o introwertycznym chłopaku z Kociewia był Stefan Szczepłek, zresztą jeden z bohaterów czwartkowej uroczystości w Starogardzie. Na potrzebę chwili nazwałem go czołowym polskim Deynologiem , co spotkało się z uznaniem licznie przy byłych do nowo otwartej placówki kulturalnej publiczności z rodziną i przyjaciółmi bohatera na  czele. Szczepłek nigdy nie pisze na kolanach, choćby bohaterami jego książek byli najwięksi z wielkich. To zdarza się niestety  Romanowi Kołtoniowi, którego dziełko  „Deyna czyli obcy" jest bardziej pomnikowe niż życiowe. Podobnie jest w innej książce tego autora o Zbigniewie Bońku, tu ilość  lukru i wazeliny osiąga poziom himalajskich szczytów. Nawiasem mówiąc panowie Kaka i Zibi nie przepadali za sobą, pewnie na zasadzie wzajemnych uczuć samców alfa w stadzie. Dobrze o tym wiedział najwybitniejszy polski trener Kazimierz Górski, urodzony psycholog. Postawił na Deynę a ten go nie zawiódł. 29 października 1977 roku miał miejsce najbardziej zawstydzający epizod w karierze wielkiego piłkarza. Ale to nie on miał się wstydzić a duża część obecnych na chorzowskim stadionie polskich kibiców. Po golu bezpośrednio z rzutu rożnego i wyczytaniu przez spikera nazwiska strzelca (był to oczywiście Deyna) tysiące ludzi zaczęły nienawistnie buczeć i gwizdać. Byłem tam i płakałem z bezsilnej złości choć moim idolem w reprezentacji był i na zawsze pozostanie Włodzimierz Lubański a nie Deyna.

Takie zachowanie było czymś znacznie gorszym niż współczesne bluzgi i racowiska, upokarzało człowieka, którego powinniśmy wtedy ponieść na rękach do szatni.  Fakt, że miał on tzw. charakterek i tylko Kazimierz Górski w reprezentacji i Jarosław Vejvoda w Legii potrafili to wykorzystać dla dobra drużyny. Kazimierz był kochany w stolicy a znienawidzony poza nią, na prowincji. Bez urazy, polski interior kocham i szanuję bardziej niż Warszawę, w której spędziłem większość życia. Po Polsce niosło się „Deyna ty zmoro, ty zginiesz jak Aldo Moro" a na Legii wprost przeciwnie „Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz". Gwoli wyjaśnienia młodszym Czytelnikom : Aldo Moro był włoskim premierem-  chadekiem, zamordowanym przez komunistycznych terrorystów z Czerwonych Brygad.  A piosenkę pro zaintonowano po incydencie w 1975 roku gdy sfrustrowany  niekorzystnym wynikiem Deyna celowo kopnął piłkę w zabrzanina Henryka Wieczorka, za co sędzia Aleksander Suchanek z Krakowa słusznie pokazał mu żółtą kartkę. To wprawiło kapitana gospodarzy w taką furię, że wyrwał arbitrowi kartkę z ręki i cisnął nią o murawę. Oczywiście za skrajnie niesportowe zachowanie zobaczył  „czerwień". Jedyną w życiu, bo on rzadko faulował, za to jego wyjątkowo często. Jednak nie ten epizod a przestrzelony rzut karny na Mundialu w Argentynie w meczu przeciwko gospodarzom przeszedł do historii. Podobno do strzelania zgłosił się Zbigniew Boniek, ale wyznaczony przez trenera Jacka Gmocha kapitan zespołu nie zgodził się na zamianę. Jak było naprawdę? Zibi dyplomatycznie nie potwierdza ani nie zaprzecza.

 Skoro o starych stadionowych przyśpiewkach mowa, to jeszcze jedna perełka z udziałem obecnego oczywiście na uroczystości w Starogardzie Adama Topolskiego, prawego obrońcy Legii z czasów, gdy była rdzennie polskim zespołem, w którym grali wychowankowie okolicznych klubów z Karczewia i Otwocka. Podobnie było zresztą w innych polskich klubach bazujących na chłopakach  znad Wisły, Odry i Warty.

„Adam Topolski - najlepszy obrońca polski"- niosło się po trybunach starego stadionu nad Kanałkiem Czerniakowskim. Dziś słychać tam wulgarne śpiewy o rywalach i sędziach, coś się zmieniło i nie jest to zmiana na lepsze. Statystyki nie kłamią: 80% reprezentantów Polski zaczynało kariery w małych klubach i miejscowościach. Deyna w Starogardzie, Lubański w Sośnicy, Anczok w Sparcie Lubliniec, Lewandowski w Partyzancie Leszno, Boniek w Czarnych Nakło nad Notecią, Kostka w LZS Markowice itd. Dbajmy o małe ośrodki, bez nich polski sport uschnie. Dobrze, że dostrzega to minister sportu Jakub Rutnicki- nota bene wychowanek Sparty Szamotuły - kierujący programy ministerialne do lokalnych środowisk. To małe boiska, szkolne sale, wiejskie szatnie, plenerowe siłownie. Może właśnie tam zaczyna karierę współczesny Deyna? Jak chłopak, który dawno temu w kusym płaszczyku i tekturową walizką w ręku ruszył ku wielkiej karierze z zapuszczonego peronu prowincjonalnej stacyjki. Schody  prowadzące do Centrum Deyny symbolizują drogę na sam szczyt sportowej kariery. Powinien po nich przejść każdy fan polskiego futbolu.

Wreszcie mamy prawdziwą zimę, tysiące polskich dzieci po raz pierwszy ma okazję porzucać się śnieżkami, ulepić bałwana, poślizgać po zamarzniętym akwenie (ostrożnie!), zjechać „na śledzia" z osiedlowej górki.

Będąc dzieckiem kochałem zimę, czekałem na nią z niecierpliwością. Gdy dozorca wylał wodę na boisko w grudniu, to mieliśmy lodowisko aż do marca. Zimowy futbol też był w modzie, na nieodśnieżonym boisku grało się wspaniale, nie groziły nam obdarte kolana i siniaki. Zachęcam wszystkich by korzystali z białego puchu póki nie zniknie.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się