Trza się modlić, nie trenować

WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

Jak sobie człek drogę jako cel obrał w życiu, jak się podróżom oddaje, włóczęgę przedkładając nad inne rozkosze, to czasem nie ma jak obejrzeć meczu, choćby nie wiem jak się wytężał. Na przykład kiedy się wybierze na terytorium Brytoli, którzy w czerwcu obchodzili dziesiątą rocznicę aktu zbiorowego kretynizmu, zapisanego pośród najbardziej wstydliwych kart historii pod nazwą brexit. Wyjeżdżasz z Unii, do dziesiątek niedogodności i upierdliwości rozmaitej skali dołącza i ta: z powodów licencyjnych wszystkie kanały na swoich urządzeniach masz poblokowane, żadnej transmisji z Europy nie ogarniesz. Byłem wściekły, bo mecze kadr Brzęczka i Urbana przypadły akurat na moją przeprawę promową na Islay, królową Hebrydów - co z tego, że WiFi darmowe, necik hulał, jak mi TVP Sport wyświetlało tylko komunikat, że jestem w niewłaściwej lokalizacji.

Owóż, z każdą minutą meczu, śledzonego w relacji tekstowej, mój gniew się w ulgę przeobrażał. Oglądać, jak nasi chłopcy się dają demolować Włochom, a potem nasi mężczyźni nie potrafią przywieźć nawet remisu z Bośni, nie musiałem, upokorzenia mi oszczędzono, pozostało rozczarowanie i wstyd, czyli uczucia na stałe przypisane do losu polskiego kibica piłkarskiego. Co do pierwszej reprezentacji nie miałem złudzeń i nie zmienił tego fakt, żeśmy żałośnie słabych Rumunów grających przez 70 minut w dziesiątkę zlali rekordowo wysoko. Ten wynik miał równie znikomą wartość, co odniesione w bliźniaczych okolicznościach zwycięstwo kadry Probierza z Estonią w półfinale baraży o Euro – kilka dni później okazaliśmy się całkiem bezzębni w Cardiff, a awans kosztem Walii załatwił nam czyniący cuda w bramce Wojtek Szczęsny. Teraz też skończyłoby się paździerzowym remisem bez goli z przeciętnym rywalem, gdyby nie Bednarek i jego cecha nieuleczalna – choćby był w życiowej formie, w każdej potyczce kadry choć raz musi coś trefnego zmajstrować. Tym razem złapał i przewrócił w polu karnym napastnika rywali. Trener Urban obwiniał sędziego zamiast naszego stopera; ja tego nie kupuję, bo karny był ewidentny, w ferworze walki mogło to arbitrowi umknąć, ale powtórki, do których post factum i ja mam dostęp na tych cholernych Wyspach, nie pozostawiają złudzeń. Liga Narodów została zawalona, podobnie jak eliminacje do Euro, przy całej sympatii do Jana Urbana nie można nie zauważyć, że jeśli ta kadra od czasów Probierza poczyniła postępy, to dostrzegalne są jedyne dla oka uzbrojonego w mikroskop; wyników jak nie było, tak nie ma, a za poprawę atmosfery w reprezentacji punktów nie przyznają. 

Lecz nawet gdybym chciał się wyzłośliwić na selekcjonerze, w język się ugryzę po tym, jak zobaczyłem modus operandi telewizyjnej szczujni, przeniesiony na salę konferencyjną. Standardy medialne chcą wyznaczać dzisiaj ekstremiści, a media głównego nurtu muszą równać w dół, żeby nie stracić poklasku. Przemoc w treści, przemoc w formie, podzielony naród już innego dziennikarstwa nie uznaje, bez kłótni spada oglądalność. O ile jednak wciskanie mikrofonu pod nos i ganianie za politykami, którzy nie mają ochoty na rozmowę stało się normą, o tyle ten prostacki sposób indagowania selekcjonera kadry narodowej wydał mi się szczególnie odpychający. Urban, człowiek dużej kultury i anielskiej cierpliwości, żulikowi z TV Republika odpowiedział tylko łagodnym „Nie tak, nie tak…”, kiedy się nasłuchał bredni o braku honoru i woli. Jako, że w dzieciństwie i wczesnej młodości było fanem twórczości Grzegorza Ciechowskiego, na piersi dumnie nosiłem plakietkę w czarno-białe ukośne pasy z nazwą ulubionego zespołu, żywię szczególny wstręt do oszołomów i kanalii, którzy mi dzisiaj tę nazwę zawłaszczyli do miotacza prawackich wymiocin.

Wracając do kwestii czysto sportowych – wygranym tego feralnego zgrupowania bez wątpienia był Wiktor Nowak, człowiek, któremu nawet największy bęcwał nie mógłby odmówić „cech wolicjonalnych”. Powiedzieć, że młody pomocnik praskiej Slavii się nie oszczędzał, to nic nie powiedzieć – problem w tym, że w związku z tym wystarczało mu sił mniej więcej na godzinę gry. A kiedy gasł Nowak, siadała gra całej drużyny. Być może mielibyśmy dodatkowy punkt i więcej niż matematyczne szanse na wygranie grupy, gdyby trochę nam pomógł „piłkarski Bóg”, ale ten według Jerzego Brzęczka zajęty był kadrą U 21. Roboty miał co niemiara, skoro musiał najpierw młodych polskich piłkarzy ostrzec, pokazać, sprawdzić, a potem dojść do wniosku, że w dziewięciu poprzednich meczach jednak zasłużyliśmy na awans. A zatem klęska 2:6 z Włochami była nieunikniona, taki był po prostu zamysł Boga, nie ma co winić zawodników, że nie podjęli walki. Awansowaliśmy na młodzieżowe Euro, bo Bóg tak chciał. Oby tylko Brzęczek nie chciał na Euro stosować zmodyfikowanej metody Janusza Wójcika – zamiast „Tu trzeba dzwonić, nie trenować”, „Tu nie ma co trenować, tu się trzeba się modlić”.

Pewnie pomoc Opatrzności polskiej młodzieżówce się przyda, ale treningów nie zastąpi. Na razie więc ręce składać trzeba tylko do oklasków, a nie do modlitwy... Fot. Krzysztof Porebski / PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się