Trauma
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Każda reprezentacja piłkarska ma niepomyślną passę charakterystyczną tylko dla niej. Brazylia na przykład - nienawidzi grać z Norwegią - nigdy z nią nie potrafiła zwyciężyć, a podczas mundiali przegrała już dwa razy, przez co znalazła się choćby za burtą ostatniego. Norwegia pozostaje jedyną reprezentacją na świecie, która grała z Canarinhos więcej niż raz (łącznie pięć) i nigdy rywalom nie uległa.
Reprezentacja Polski też, siłą rzeczy, miała i... ma takie traumy. Choćby tę związaną właśnie ze Szwedami. Biało-czerwoni stanęli właśnie przed szansą przełamania jednej z tych traum, wyjątkowo paskudnej, bo trwającej dokładnie od... 96 lat! Co do dnia (sic!)! 28 września 1930 roku Polska ostatni raz wygrała na wyjeździe ze Szwecją! Przydarzyło się wtedy 3:0 w meczu towarzyskim. Potem było już jednak za Bałtykiem jedynie źle, albo bardzo źle. A teraz? Wydawało się momentami, że może być nieźle, skończyło się jednak źle. Klątwa nie została przełamana: szwedzka trauma wyjazdowa ciągle trwa i będzie trwać. Jak długo? Nie wiadomo.
Ku pokrzepieniu serc: nic nie trwa wiecznie! Jeśli chodzi o Szwedów trzeba jeszcze poczekać, ale udało mi się kiedyś być naocznym świadkiem przełamania dwóch innych bolesnych traum. Takich, które, wydawało się, przylgną już na zawsze. Pierwsza - trwała dokładnie od pierwszego meczu reprezentacji Polski w 1921 roku aż do... 2004 roku. Nasza drużyna na dzień dobry przegrała bowiem w Budapeszcie z Węgrami 0:1, a potem mijały kolejne dziesięciolecia, a nigdy nie potrafiła tam wygrać. Udało się wreszcie po 82 latach: w 2003 roku Polska wygrała w Budapeszcie 2:1, a królem polowania był Andrzej Niedzielan, strzelec obu bramek - pamiętacie takiego piłkarza?
Klątwa druga: starcia z Niemcami. Tu było jeszcze gorzej... Od pierwszego meczu w 1933 roku nie udawało się wygrać nigdzie, ani u nas, ani u nich! Szczytem możliwości, nawet w najlepszych dla nas czasach, zawsze był jedynie remis. Potrzeba było 89 lat by to przełamać. W 2014 jedyny raz w życiu byłem na meczu rozgrywanym na Stadionie Narodowym w Warszawie i znów zobaczyłem historyczny moment. Polska w eliminacjach Euro wygrała z Niemcami 2:0, a w ekstazę wprawili wtedy publikę Sebastian Mila i Arkadiusz Milik.
Wiem, że przegraliśmy. Niezależnie jednak od wyniku osiągniętego w Szwecji, podobało mi się stwierdzenie Jana Urbana jeszcze sprzed meczu, że jego drużyna nie przyjechała tam na rewanż za przegrany baraż o mundial. To przecież tylko byle jaka Liga Narodów, rozgrywki niemające startu do mistrzostw świata, a rewanżować się trzeba zawsze tak, żeby rywala bolało co najmniej jak wcześniej nas, czyli w rywalizacji o poważną stawkę. Jeszcze jedno - w moim mniemaniu ten wynik nie powinien w żadnym wypadku mieć wpływu na posadę selekcjonera, mam nadzieję, że głupie myśli nikomu nie przychodzą do głowy... Piszę te słowa z naciskiem i rozdrażnieniem: Jan Urban powinien być rozliczany jedynie z eliminacji EURO i z niczego po drodze więcej!
Po nocy zawsze przychodzi dzień. Ta noc jest wprawdzie długa i ciemna, ale ciągle wierzę, że Urban Gandalf wyprowadzi nas jeszcze na właściwy szlak. Jedno jest pewne: piłka uczy nas wszystkich wytrwałości, pokory i cierpliwości.
Kiedyś i dla nas nadejdzie słońce...
