To se ne vrati
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Kocham język czeski, choć posługuję się nim kulawo. Gdy udzielałem pierwszego wywiadu po objęciu funkcji szefa czeskich sędziów kilka lat temu, dziennikarka radiowa zapytała mnie, czy „opilcy piskat ne budou?”. Zrozumiałem połowę, ale to wystarczyło, gdyż nad Wełtawą problemem było sędziowanie meczów „pod wpływem”. Może dlatego zatrudnili Polaka, bo znał temat z autopsji? To żart oczywiście, nigdy nie zdarzyło mi się wyjść na boisko choćby po piwie. Na wszelki wypadek zabrałem do pomocy Marcina Szulca (abstynenta kompletnego), który tak się w Pradze podciągnął w zarządzaniu organizacją sędziowską, że całkiem zasłużenie został szefem polskich arbitrów i dobrze sobie radzi. Staroczeskim obyczajem działacze klubowi razem z protokołem meczowym wnosili do szatni sędziowskiej flaszkę Beherovki dla kurażu. Zdarzali się spragnieni, którzy zamiast po meczu raczyli się trunkiem już przed pierwszym gwizdkiem. Nie wiem, czy po dwóch latach mojej wspólnej z Marcinem pracy w Czechach poziom arbitrażu się poprawił - choć opinie nie były złe - ale nikt już nie odważył się wyjść na murawę po kielichu.
Ten przydługi bohemistyczny wywód posłuży mi do wyjaśnienia tytułu dzisiejszego felietonu. Ceremonia losowania grup przyszłorocznego mundialu zbulwersowała opinię publiczną na całym świecie, także moich znamienitych kolegów felietonistów „Sportu”. A przecież dobrze wiemy, że sport wolny od polityki „se ne vrati”. Proces wchłaniania szlachetnej sportowej rywalizacji przez brudny biznes i politykę postępował powoli jak zdradliwa choroba. Z zakamarków pamięci wydobywam Igrzyska Olimpijskie 1972 w Monachium z zamachem palestyńskich terrorystów, potem były bojkoty święta sportu w Moskwie i Los Angeles, ignorowanie głosu opinii publicznej przy lokalizowaniu mistrzostw świata w Rosji i Katarze, igrzysk w Pekinie.
Teraz nastąpił ciąg dalszy procesu gnilnego, bo trudno inaczej nazwać one man show Donalda Trumpa z drugorzędną rolą prezydenta FIFA. Ostatnim liderem światowego futbolu, który starał się trzymać dystans od polityki, był Joseph Sepp Blatter. Wizjoner, a nie przestępca, jakim go okrzyknięto. Chyba że ktoś zamierza podważyć niedawny prawomocny wyrok Sądu Najwyższego Szwajcarii uniewinniający sędziwego Blattera od wszelkich zarzutów. Gianni Infantino jest zdolnym uczniem poprzednika, w dodatku lepiej przygotowanym merytorycznie, absolwentem renomowanego wydziału prawa. Cały świat stał się cyniczny i zmaterializowany, dlaczego akurat szef światowego futbolu miałby być ostatnim romantykiem?
Owszem, mógł wręczyć pokojową nagrodę FIFA prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełeńskiemu, zyskując poklask równy obecnemu oburzeniu. Infantino zachował się pragmatycznie, nie mnie go oceniać, nie zamierzam być żabą, która podstawia nogę, gdy konia kują. Jednak zakładanie orderu na szyję sobie samemu przez Trumpa wyglądało i śmiesznie, i strasznie. Kurz opadnie, za pół roku wybrzmi pierwszy gwizdek mundialu - może dmuchnie weń Szymon Marciniak? - i skupimy się na tym, co w sporcie najważniejsze: rywalizacją na boisku.
Czy z udziałem Biało-czerwonych? Wielu dopytuje mnie, jak oceniam wyniki losowania grup finałowych mundialu. Powinni zwrócić się raczej do kogoś z Holandii, Japonii i Tunezji, te reprezentacje mają już awans w kieszeni. Dywagowanie o szansach Polaków przed meczami barażowymi (oby nie jednym) przypomina mi sytuację sprzed lat, gdy zobaczyłem szkolnego kumpla na kawie z ładną dziewczyną. „Kiedy ślub?” - zapytałem go nazajutrz. - Dopiero ją poznałem, wiem tylko jak ma na imię, może jeszcze się spotkamy, a może nie - odparł ubawiony. Nasze znajome mają na imię Albania i – oby - Szwecja lub Ukraina, a o ślubie pomyślimy, gdy na horyzoncie pojawią się Holandia, Japonia i Tunezja.
Dożyliśmy czasów, w których polityka nie tylko dewastuje sport, niszczy też relacje międzyludzkie, zrywa więzy rodzinne, burzy przyjaźnie. Gdy tylko odezwałem się na temat pamięci o Rzezi Wołyńskiej, skomentowałem aferę korupcyjną na szczytach ukraińskiej władzy, przyznałem rację premierowi Leszkowi Millerowi w jego ocenach politycznej rzeczywistości, to natychmiast wielu życzliwych mi z wzajemnością ludzi okrzyknęło mnie ruską onucą, niektórzy zerwali nawet kontakty w mediach społecznościowych. To dla mnie bardziej ulga niż problem, maski opadły. Putina nienawidzę, Trump mnie śmieszy momentami, ale to nie znaczy, że mam przymykać oczy na zło po dobrej stronie mocy.
Wielkim problemem jest przywracanie Rosjan do międzynarodowej rywalizacji sportowej. Nie zawsze uda się wybrnąć z sytuacji tak zgrabnie, jak uczyniła to prezesująca polskiemu pływaniu Otylia Jędrzejczak. Wykorzystała luki regulaminowe, sprytnie przeciągnęła procedury i ostatecznie Ruscy na ME do Lublina nie przyjechali. Co jednak mają począć dżudocy, gdy sędzia wezwie ich na tatami do walki z Rosjanami? Zapytać, czy popiera Putina i ma krewnych w wojsku?
Minister sportu Jakub Rutnicki pryncypialnie się wypowiedział w tej kwestii, ale czy to przyniesie skutek w globalnej skali? Kontrowersyjny - delikatnie mówiąc - werdykt CAS, najwyższej instancji sądowej w sporcie, może porządnie namieszać. Już dopuszczono rosyjskich narciarzy, dżudoków, łuczników i pływaków, w kolejce stoją następne dyscypliny. Polskim teqballistom kazano na ME grać przeciwko dziwnej ekipie „Stowarzyszenie Rosyjskich Sportowców”. To dysydenci czy wprost przeciwnie - stronnicy Putina? Tak czy inaczej grozi nam wielki bałagan.
Taki już mamy z rodzącymi się jak grzyby po deszczu odmianami gry w piłkę nożną. Do klasycznej 11-osobowej doszedł futsal, plażówka i niedawno socca, w której Polska jest mistrzem Europy i świata. Socca bardzo mi przypomina dawną grę na podwórku, gdy liczebność drużyn zależała od tego, kogo rodzice wypuścili na dwór, gdy odrobił już lekcje. Dziś nauczyciele nie zadają już lekcji do domu stosownie do dziwnych pomysłów resortu oświaty. Teoretycznie powinno być łatwiej skompletować podwórkowe ekipy, a jednak na osiedlowych placach i orlikach pustawo. Sport przegrywa z komputerową rzeczywistością. Uwikłanie go w politykę tylko ten proces pogłębia.
Fot. Norbert Barczyk/PressFocus
