To nie jest normalny mecz

Rozmowa z Maciejem Sadlokiem, byłym piłkarzem Wisły Kraków (231 meczów) i Ruchu (176 meczów).

W niedzielnym meczu Ruchu z Wisłą nikt nie będzie odpuszczał! Wiktor Biedrzycki (z lewej) leczy kontuzję, ale gotowy powinien być Daniel Szczepan. Fot. Marcin Bulanda/Press FocusTo nie jest normalny mecz

Czyje mecze ogląda pan w tym sezonie częściej – Ruchu czy Wisły?

– Jeżeli tylko daję radę, to staram się oglądać obie drużyny, ale raczej trochę więcej Ruchu. To chyba ze względu na to, że jeszcze niedawno tam grałem i mam tam więcej „świeżych” znajomych.

A na kogo pan stawia w nadchodzącym hicie?

– W tym meczu jakoś nie widzę faworyta – mimo wszystko. To trochę inny mecz, jest nim bardzo duże zainteresowanie, będzie mnóstwo kibiców. Pamiętam, gdy my graliśmy to spotkanie rok temu, to nie czuliśmy, że jest ono takie „normalne”. No i też... nienormalnie się skończyło (Wisła wygrała 5:0 – przyp. red.). Myślę, że chłopcy z Ruchu będą chcieli coś udowodnić po tamtym blamażu, bo wielu z nich nadal gra w Chorzowie. Uważam, że będą mieli z tyłu głowy, żeby, nie daj Bóg, coś takiego się nie powtórzyło. A Wisła? Na pewno ma prostszą drogę rozegrania tego meczu. Ma dobre wspomnienia z tego stadionu, jest liderem tabeli, ma zapas punktowy i w aspekcie psychicznym łatwiej będzie jej udźwignąć to spotkanie.

Wisła wciąż przewodzi 1. lidze, mimo że wiosną nie jest to już taka maszyna jak jesienią. Pojawiło się dużo remisów. Czy widzi pan jakieś potencjalne niebezpieczeństwo dla Krakowian, czy raczej ich awans trzeba traktować jako coś pewnego?

– Wisła zdecydowanie kontroluje ten sezon. Teraz wygrywa rzadziej, ale piłkarze mają z tyłu głowy świadomość posiadania zapasu punktowego. W tabeli gorzej się kogoś goni, niż przed kimś ucieka, a w poprzednich sezonach z reguły tak to wyglądało. Obecnie wydaje się, że idą jak po swoje, mają większą pewność siebie. Jeśli teraz Wisła nie awansuje bezpośrednio, byłby to bardzo dziwny scenariusz.

Niektórzy zastanawiają się, czy słynny walkower ze Śląskiem nie odbije się czkawką...

– Oby się nie odbił. Każdy by potem mówił, że to tylko ze względu na ten mecz, ale wierzę, że nie trzeba będzie do tego wracać.

A jaka jest pana opinia na temat tego, co zdarzyło – albo raczej nie zdarzyło – się we Wrocławiu?

– Opinii jest wiele i każdy ma swoje zdanie. Ja się w to nie zagłębiałem, ale przede wszystkim uważam, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. To dziwna sprawa, że dwie tak duże firmy się nie dogadały. Mam nadzieję, że takie rzeczy już się więcej nie powtórzą i nie odbiją się na nikim negatywnie.

Wisła przyjedzie do Chorzowa bez kilku piłkarzy, m.in. Angela Rodado. Pamiętamy, że przed rokiem Hiszpan skompletował na Stadionie Śląskim hat trick. Czy ta absencja będzie kluczowa dla losów spotkania?

– Na pewno. Choćby patrząc na statystyki, które Rodado osiąga, widać, ile daje Wiśle od wielu lat. To ogromna strata. Kontuzja dla zawodnika nigdy nie jest fajna i życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia. Każdy, kto wypada z kadry, jest osłabieniem drużyny i w tym przypadku Wisła musi sobie jakoś poradzić.

Jaka jest „prawda Ruchu” w tym sezonie? Kibice często i łatwo popadają z hurraoptymizmu w hurrapesymizm. A czy pana zdaniem Niebieskich stać na to, by znaleźć się pośród trzech beniaminków, czy to raczej drużyna bliższa środka stawki?

– Mają dużą szansę na baraże i muszą zrobić wszystko, aby się w nich znaleźć. Później są bowiem dwa finały i jeśli uda się wejść, to wszyscy o wszystkim zapomną – czy sezon był fajny, czy nie. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy im się to powiedzie. Wydaje mi się, że Ruch swoją grą pokazuje bardziej środek tabeli, ale ma wyrywki, gdy gra fajny mecz i jest bliżej baraży. Tego im życzę, bo potem wszystko się może stać. Będę w pełni szczęśliwy, jeśli uda się awansować obu moim klubom (śmiech).

Ruch wydaje się drużyną dobrze zbalansowaną. Wszystko robi co najmniej przyzwoicie – atak pozycyjny, kontry, fazy przejściowe, stałe fragmenty, niska obrona, pressing itp. – ale nic perfekcyjnie. Nie jest topowy, ale potrafi przystosować się do każdego scenariusza. Czy zgadza się pan z taką opinią?

– Też tak uważam. Obserwując ich, wyglądają na stabilną drużynę, natomiast nie ma wielkiego „bum”, np. jeśli chodzi o kontratak czy akcje oskrzydlające. I w defensywie, i w pomocy, i w ataku zespół jest solidny, ale nie wyróżnia się na tle ligi.

Rok temu, gdy Ruch grał z Wisłą, a na trybunach było ponad 53 tysiące osób, wyprowadził pan Chorzowian jako kapitan. Wiadomo, skończyło się 0:5, ale to było już 14 miesięcy temu. Nadal boli skala porażki czy już pan to trochę przetrawił?

– Podchodzę do tego już trochę inaczej. Grając co tydzień mecze na najwyższym poziomie czy w 1. lidze, gdy człowiek dostaje lanie 0:5, to nie jest nic przyjemnego. Pojawia się rysa na serduchu, tym bardziej u kogoś związanego z oboma klubami. To był wielki mecz, a my zawiedliśmy. Druga strona medalu jest taka, że jestem dumny, że w takim spotkaniu mogłem wyjść jako kapitan. Wynik nigdy nie będzie zapomniany, ale po czasie schodzi na drugi plan, a zostają inne, pozytywne wspomnienia. Zawsze podaję przykład meczu w reprezentacji Polski, w którym zagrałem z Hiszpanią. Przegraliśmy 0:6. Oczywiście, to były baty i nie mieliśmy nic do powiedzenia, ale człowiekowi na zawsze zostaje w pamięci naprzeciwko jakich zawodników grał (Casillas, Puyol, Pique, Busquets, Alonso, Xavi, Iniesta, Villa itd. – przyp. red.). Teraz mogę opowiedzieć synowi, że tata grał z najlepszymi piłkarzami na świecie (uśmiech). Tak więc po czasie ból mija, a zostaje miłe wspomnienie.

Trener Dawid Szulczek zdjął wówczas pana w przerwie. Jaka była wtedy pana reakcja?

– Pierwsze zderzenie na pewno nie było dla mnie pozytywne. Kotłowało mi się w głowie, bo gdy trener zmienia kogoś – tym bardziej w defensywie i kapitana – tak szybko, łatwo pomyśleć, że on zepsuł pierwsza połowę i spieprzył wszystkie bramki. Wtedy okej, schodzisz. Mnie jednak ciężko to było przegryźć, bo uważam, że są pewne zasady, których się trzeba trzymać. Broń Boże, nie mówię, że ktoś ma mieć wyłączność na granie, ale byłem wtedy kapitanem i to wyglądało tak, jakbym zebrał za to wszystko.

Kozioł ofiarny?

– Byłem wtedy mocno zły, ale wyjaśniliśmy sobie potem wszystko z trenerem. Nie było żadnych negatywnych emocji, ja też jestem normalnym człowiekiem i potrafię zrozumieć wiele rzeczy. Swoje też musiałem oczywiście zakomunikować, ale nigdy nie na gorąco. Wtedy nic nam się nie układało, każdy chciał jak najlepiej, a w drugiej połowie ten mecz nadal źle wyglądał. Akurat te wspomnienia odrzucam na bok (uśmiech).

Maciej Sadlok wyprowadził piłkarzy Ruchu jako kapitan na spotkanie, które obejrzało 53293 kibiców. Fot. Marcin Bulanda/Press Focus

Tamten mecz z Wisłą, ale i rozegrany rok wcześniej mecz z Widzewem, były pierwszymi spotkaniami ligowymi w Polsce od 1975 roku, które przyciągnęły na trybuny ponad 50 tysięcy osób. Jeśli to sobie uświadomimy, to łatwo znajdziemy wniosek, że przez 50 lat... raptem kilkunastu polskich ligowców mogło tego doświadczyć! Gwiazdy lat 80., 90., 2000., mistrzowie z Legią czy Lechem – oni takich meczów nie rozegrali. Czy w związku z tym odczuwa pan pewnego rodzaju... elitarność związaną z takim spotkaniem?

– Aż tak o tym nie pomyślałem, ale może w nawiązaniu do tego pytania ktoś się nad tym zastanowi... Faktycznie, takich meczów zbyt wiele nie było i branie w nim udziału to jest wielkie wydarzenie. Pamiętam, że przed zeszłorocznym meczem z Wisłą naderwałem mięsień. Nie zagrałem na inaugurację rundy z Pogonią Siedlce (mecz z Wisłą był drugi – przyp. red.) i miałem w głowie: „Kurde, nie będę grał w pierwszym meczu, ale co? Muszę zagrać za dwa tygodnie!”. Początkowo nikt nie brał tego pod uwagę, bo badania wykazały, że wygląda to średnio. Zdawałem sobie jednak sprawę, że ranga tamtego spotkania jest taka, że muszę zrobić wszystko, aby w nim zagrać – i zagrałem. Było to bardzo ryzykowne, byłem przed tym przestrzegany, ale zaryzykowałem. To też pokazuje wagę tamtego meczu.

Będzie pan w niedzielę na Stadionie Śląskim?

– Mam być, ale nie wiem, jak pogodzę z tym mecz syna. On też gra w piłkę w swojej lidze i bardzo chce, żebym był u niego. Jeżdżę na wszystkie jego mecze, więc jeszcze zobaczę, czy się zjawię na Stadionie Śląskim. Jeśli nie, to na pewno będziemy oglądać to  spotkanie w telewizji!

Rozmawiał Piotr Tubacki

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się