To nie jest łatwy moment
Po trenerskim debiucie w pierwszej lidze Łukasz Piszczek ma nad czym myśleć...
Przed Łukaszem Piszczkiem daleka droga do sukcesu z GKS-em Tychy, a i perspektywy na niego – niewyraźne... Fot. PAP/Darek Delmanowicz
GKS TYCHY
Jeżeli ktoś się spodziewał, że GKS Tychy pod wodzą Łukasza Piszczka od razu zacznie wygrywać, może czuć się rozczarowany. 66-krotny reprezentant Polski, mistrz naszego kraju, dwukrotny zwycięzca Bundesligi i trzykrotny zdobywca Pucharu Niemiec, w swoim trenerskim debiucie na pierwszoligowym szczeblu musiał przełknąć gorycz porażki ze Stalą Rzeszów. Konsekwencją tej przegranej z naszpikowaną młodzieżowcami drużyną Marka Zuba jest spadek tyszan na przedostatnie miejsce. Nic więc dziwnego, że szkoleniowiec trójkolorowych nie tryska humorem.
Czerwone nieszczęście
- W pierwszej połowie cierpieliśmy – podkreśla Łukasz Piszczek. – Mieliśmy problem przede wszystkim na bokach. W przerwie zrobiliśmy korekty i ta druga połowa wyglądała zdecydowanie lepiej, byliśmy częściej w posiadaniu piłki. Reakcja drużyny była bardzo dobra - do momentu nieszczęsnej czerwonej kartki. Gdy graliśmy w osłabieniu, strzał z dystansu pogrzebał nasze szanse na zdobycz punktową. Powiedziałem jednak chłopakom, że chcę widzieć właśnie taką drużynę, która zawsze broni ofiarnie i walczy do końca o pozytywny rezultat.
Spokój i opanowanie
Wyniki tyskiego zespołu – wyjąwszy oczywiście fanów GKS - są jednak w tej chwili na drugim planie. Kibice w całej Polsce raczej zadają sobie pytanie, jak w nowej roli i na poziomie zaplecza ekstraklasy czuje się człowiek szanowany i podziwiany za karierę boiskową, gdy teraz przychodzi mu stać za linią boczną i oglądać porażkę podopiecznych.
- Nie czułem stresu przed debiutem – zapewnia stojący na progu trenerskiej kariery Piszczek. - Staram się być spokojny i opanowany, żeby dobrze zarządzać drużyną w trakcie meczu. Dla mnie to, co przeżyłem jako zawodnik, jest kluczem do pracy trenera. Pokazało mi, jak należy być przygotowanym do meczu, teraz staram się to przekazywać swoim zawodnikom.
Ofiarność to dobry kierunek
Owego spokoju i opanowania w Rzeszowie najwyraźniej brakło jego podopiecznym. Nie tylko przegrali, ale do tego kończyli mecz w dziewiątkę. W 70 minucie Marcel Błachewicz po drugiej żółtej kartce musiał opuścić boisko, jego śladem w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry poszedł Tobiasz Kubik. - Takiego scenariusza mojego debiutu zdecydowanie nikt, włącznie ze mną, się nie spodziewał – przyznaje Łukasz Piszczek. - Nie chcę się odnosić do czerwonych kartek; sędzia podjął konkretne decyzje, wypada nam je tylko przyjąć do wiadomości. Chcę jednak podkreślić, że ofiarność zawodników i to, jak graliśmy w piłkę w drugiej połowie, to kierunek, w którym chcemy iść. Chłopaki zdają sobie sprawę z tego, że w Rzeszowie było znacznie więcej do podniesienia z boiska. Przegraliśmy, na pewno nie jest to łatwy moment. Ale wierzę, że w 17 meczach, które zostały do końca sezonu, ta drużyna się odbuduje.
Jerzy Dusik
