To już nie ta Legia
Rozmowa z Janem Benigierem, trzykrotnym mistrzem Polski z Ruchem Chorzów, wicemistrzem olimpijskim z Montrealu (1976)
Jan Benigier uważa, że były obrońca Inaki Astiz jako trener Legii to nie jest dobry pomysł. Fot. PAP / Leszek Szymański
Legia Warszawa to jedyny polski klub, który nie wygrał w czwartek w Lidze Konferencji. Jak pan ocenia mecz ze Spartą Praga?
– Jeżeli chodzi o polskie zespoły w pucharach, to nie będę teraz żartował, ale mógłbym powiedzieć, że to niepolskie zespoły startują, bo tam jest tylko paru Polaków… Wracając jednak do Legii, to kłopoty, jakie są w tym klubie, przekładają się na to, że zespół nie gra na takim poziomie jak kilka lat temu. Proszę spojrzeć na ekstraklasę, Górnik Zabrze jest na pierwszym miejscu, a Wojskowi są prawie na samym końcu. To odzwierciedla obecną grę stołecznej drużyny.
Mecz z czeskim zespołem był siódmym z rzędu bez zwycięstwa…
– W Legii potrzeba jak najszybciej zmian. Przede wszystkim trzeba znaleźć trenera. Ten poziom jest taki, że jak mam oglądać ekstraklasę, to wolę włączyć jakąś zagraniczną ligę, na przykład mecz Bayernu Monachium. Polska liga nie za bardzo mnie interesuje, ponieważ większość stanowią zagraniczni zawodnicy, ale ich poziom jest właśnie taki, jak w tym spotkaniu ze Spartą.
Nie wydaje się panu, że za długo trwa ściągnięcie nowego trenera do warszawskiego klubu? Wciąż tymczasowym szkoleniowcem jest Inaki Astiz...
– Ja nie wprowadziłbym byłego obrońcy na stanowisko trenera, ponieważ dla mnie najważniejszy jest atak. Piłka nożna polega na tym, że kto strzeli więcej bramek, ten wygrywa, a były defensor skupi się na obronie. Na przykład Jan Urban został selekcjonerem reprezentacji, ale to jest były napastnik i zwraca uwagę na to, żeby strzelać bramki.
Inaki Astiz na konferencji pomeczowej powiedział, że drużyna potrzebuje jednego przełamania i powinno już pójść z górki. Zgadza się pan z takim stwierdzeniem?
– Jeżeli ktoś by powiedział u mnie coś takiego, to od jutra nie byłby już trenerem. Co to znaczy „jedno przełamanie”? Że kupujemy sędziego? Załatwiamy wynik? Tak kiedyś było. Jest mi przykro, jak słyszę, że jakiś zespół musi się przełamać. A jak jest większość zawodników niepijących, to jak się mają przełamać? (śmiech).
Raków wysoko, bo 4:1, pokonał Rapid Wiedeń. Taki wynik jest dla pana zaskoczeniem, patrząc na to, co się działo w ostatnich dniach i po czwartkowej deklaracji trenera Marka Papszuna, który stwierdził, że chce pracować w Legii?
– Może ostatnio były słabsze wyniki Rakowa, ale tam grają całkiem solidni zawodnicy. Być może myśleli, że zaraz będzie zmiana trenera, a akurat teraz trafili na taki mecz i wygrali. Przede wszystkim tam jest wszystko dobrze poukładane, z prezesem i zarządem na czele.
Pojawiły się głosy w środowisku piłkarskim, że takie słowa trenera mogą się odbić na grze zespołu. Jak pan, jako były świetny piłkarz, reprezentant kraju, to ocenia?
– Przede wszystkim każde słowo, które jest wypowiedziane w szatni, prędzej czy później wychodzi na zewnątrz i to tworzy atmosferę wokół klubu. Potem ta atmosfera wpływa na boisko. Ktoś komuś nie poda, bo coś powiedział albo go nie lubi, a obok ma kolegę, więc zagra do niego. De facto trener nie decyduje o tym, co się dzieje na boisku, bo nie gra, on stoi z boku. Ja grałem w piłkę i nie obchodziło mnie na meczu, czy trener będzie krzyczał, machał rękoma. Ja po prostu chciałem wygrać.
Lech wygrał ze szwajcarskim Lausanne-Sport, ale sama gra nie zachwyciła… W zasadzie pomogli dopiero zawodnicy rezerwowi.
– To jest najważniejsze! Trener ma do dyspozycji zawodników i jeśli widzi słabe ogniwa, to reaguje. Zmiennik może mu się odwdzięczyć bramką.
Na sam koniec o Jagiellonii, która wygrała u siebie z fińskim KuPS, ale tylko jedną bramką. Dla pana to dobrze funkcjonujący zespół?
– Uważam, że Jaga gra na solidnym poziomie. W zespole są zawodnicy, którzy grali w innych zespołach, ale dopiero w Białymstoku się odnaleźli. Tam jest dobra szatnia, panuje lepsza atmosfera i gra się coraz lepiej.
