To jest nasze miejsce w hierarchii!

Rozmowa z Pawłem Kryszałowiczem, byłym napastnikiem reprezentacji Polski, uczestnikiem finałów MŚ 2002

Skoro już zdecydowano się na powierzenie Janowi Urbanowi i jego ludziom ciężaru odpowiedzialności za polską piłkę, bądźmy cierpliwi i konsekwentni – apeluje Paweł Kryszałowicz. Fot. PAP/Leszek Szymański

Właśnie zamknęliśmy trzy reprezentacyjne tygodnie. W jakim nastroju?

- Zawsze jesteś tak dobry – i tak oceniany – jak twój ostatni mecz. A w ostatnim meczu wynik był słaby, więc i nastrój jest kiepski. Liczyliśmy na zdecydowanie więcej.

Na więcej w Zenicy czy na więcej w kontekście wszystkich czterech spotkań?

- Myślę, że w tych czterech meczach powinniśmy zdobyć przynajmniej trzy punkty więcej. Jeden mecz z Bośnią i Hercegowiną powinniśmy wygrać.

Który? Ten pierwszy? W nim było bliżej do wygranej niż w poniedziałek?

- Nie. Żal mi rewanżu. W Warszawie zwłaszcza pierwsza połowa była „do zapomnienia”, dopiero w drugiej stwarzaliśmy sytuacje, których – niestety – nie wykorzystaliśmy. Poniedziałkowe spotkanie było dużo lepsze, z obu stron zresztą.

Ale przegrane...

- Rywale strzelili bramkę po ewidentnym błędzie Jana Bednarka. Obrońca – zwłaszcza z takim doświadczeniem – nie może się tak zachować. Słuchałem potem wypowiedzi trenera Urbana, że karnego być nie powinno. Nie zgadzam się. Jak ma go nie być, skoro Bednarek łapie rywala wpół i przewraca? Był ewidentnie spóźniony i ratował się właśnie tym łapaniem. Może i napastnik nie miał szans na dojście do piłki, ale w żaden sposób nie usprawiedliwia to zachowania stopera!

Spadaliśmy z Dywizji A po golu straconym w doliczonym czasie ze Szkocją. Gdyby nie to, wciąż gralibyśmy w elicie. Tymczasem w tych rozgrywkach daleko nam do niej...

- No cóż... Myślę, że ta jesienna seria gier dobrze pokazuje, gdzie jest nasze miejsce w europejskiej hierarchii. Nie można budować optymizmu i przekazu o sile drużyny na zwycięstwach z Litwą czy Estonią. Czesiu Michniewicz uratował nas przed spadkiem z Dywizji A, potem już było tylko gorzej. Albo – mówiąc wprost – tak, jak na to w tym momencie zasługujemy. Może przy odrobinie szczęścia, bardziej trafnym zestawieniu składu, ciut lepszej formie poszczególnych piłkarzy udałoby się powalczyć o powrót do elity. To nie jest przecież „grupa śmierci”. Ale skoro się nie udało – bo się nie udało, powiedzmy wprost – to trzeba coś zmienić. Nie cały zespół, ale przynajmniej te jednostki, które ciągle zawodzą, a potem trzeba tłumaczyć porażki „błędami indywidualnymi”. Może trzeba dać im odpocząć, choćby na chwilę, żeby się skoncentrowali i wrócili już w reprezentacyjnej dyspozycji?

Miałem najpierw zapytać o wygranych tego zgrupowania. Ale skoro pan sam poruszył temat tych, którzy robili błędy, to poproszę o konkrety. Kto zawiódł?

- Nie chciałbym chłopaków wymieniać z nazwiska, natomiast mnie przede wszystkim zawodzi obrona. Przy naszych umiejętnościach i możliwościach – jako całego zespołu – my przede wszystkim musimy umieć dobrze bronić. W Warszawie zagraliśmy „na zero z tyłu” z Bośnią i Hercegowiną. I nagle zaczęliśmy zmieniać ustawienie, zawodników... Wyszło nam to bokiem, bo przecież nie powie mi pan, że Szwecja nie była do ogrania. Zdecydowaliśmy się jednak na eksperymenty – w imię czego? Że będzie lepiej, choć przecież nie straciliśmy gola z Bośniakami?

No właśnie. Akurat w obronie było ich trochę, więc zapytam pana: trzech stoperów plus wahadłowi czy dwóch środkowych obrońców plus boczni?

- W dzisiejszej piłce zespoły płynnie przechodzą – w razie potrzeby – z systemu na system, ale skoro my nie możemy znaleźć trzech stoperów, których mielibyśmy do grania i zgrywania, to grajmy dwójką środkowych obrońców.

Tym bardziej że Jakub Kiwior i Jan Bednarek mają okazję do wspólnej gry na co dzień, w klubie!

- Wie pan, ja mam wrażenie, że – przy różnicach między zespołami w lidze portugalskiej – oni w tym Porto właściwie nie bronią, za to dużo częściej atakują. W każdym razie rzadko – oczywiście poza meczami z czołówką, ledwie kilkoma w sezonie ligowym – wystawiani są w obronie na poważne próby. A my w reprezentacji od wielu lat gramy tymi samymi zawodnikami i... niczego w tym zestawieniu nie osiągamy. Więc powtórzę: może czas na zmiany? Może jednego z nich trzeba odstawić na moment? Nie skreślać, ale spróbować innych rozwiązań? Myślę, że z tej „portugalskiej” dwójki trochę bardziej bym Kiwiora usprawiedliwiał. Podczas tego zgrupowania raz grał na lewej obronie, raz w środku... Stąd potem mamy takie interwencje, jak przy tym „swojaku”, który nie wpadł tylko dzięki intuicyjnemu zachowaniu Marcina Bułki. Dla Bednarka natomiast – o czym już mówiłem – nie mam żadnego usprawiedliwienia. W dzisiejszym futbolu, przy tym całym systemie kamer i VAR-ów, tak się już nie gra: nie łapie się przeciwnika wpół. Absolutnie juniorskie zachowanie.

A Robert Lewandowski? Pierwszy mecz z Bośniakami skłaniał do postawienia pytania, czy nie czas zamknąć pewną epokę.

- Robert sam powinien zdecydować, kiedy skończy grę w reprezentacji. Zaraz potem w meczu z Rumunią przecież pokazał, że wciąż jest niesamowity. Owszem, ma już swoje lata i szczyt formy za sobą, ale wszystkim potencjalnym następcom czy zmiennikom wciąż jeszcze daleko do niego. Mieliśmy choćby przykład Mateusza Żukowskiego. Zresztą wstawianie go na „dziewiątkę” wydaje mi się błędem, bo to jest skrzydłowy. Dlatego tak często schodził do boku i tam szukał miejsca do rozegrania akcji.

No dobrze, akurat na temacie napastników zęby pan zjadł. Jeżeli nie Żukowski, to kto po Robercie?

- Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Napastnika klasy Roberta nie będziemy mieć może i przez kolejne sto lat!

Wielu „ekspertów” sugerowało danie szansy Karolowi Czubakowi. Pan by się zgadzał z tą propozycją?

- Ekstraklasa i reprezentacja to jednak zupełnie inne granie, więc – moim zdaniem – niełatwe byłoby przełożenie skuteczności ligowej na międzynarodową. Zresztą był na Zachodzie i odbił się bardzo szybko od ligi belgijskiej. Wiem, dzisiaj jest już innym chłopakiem. Złapał pewność siebie, gra regularnie w polskiej lidze, strzela bramki, więc może powinien być na tym zgrupowaniu, bo byłaby jakaś alternatywa. Ale selekcjoner ma prawo mieć swoje zdanie. Jan Urban widział go wcześniej na reprezentacyjnych zajęciach i uznał, że na tym zgrupowaniu mu się nie przyda.

To jeszcze zapytam o jakiekolwiek plusy tych czterech meczów. Zobaczył pan coś, co daje choćby cień nadziei dla kibiców?

- W każdym ze spotkań były dobre fragmenty. Nawet w tym ze Szwecją. Gdybyśmy to my w pewnym momencie prowadzili 3:1, rywale nie mogliby mieć pretensji... Niestety, nie strzelamy bramek – bo tej kanonady z Rumunami, ze względu na okoliczności, nie biorę pod uwagę – mimo stwarzania dobrych okazji.

A wygrani tych trzech tygodni zgrupowania?

- Zdecydowanie Wiktor Nowak. Dziś każdy kibic w Polsce – i nie tylko – już wie, kto to jest Nowak. Drugi to Kacper Potulski. I tu nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy. Wyszedł na mecz z Bośniakami, zagraliśmy w nim „na zero”, a on sam – moim zdaniem – dobrze wykonał swoje zadanie. I nagle został posadzony na ławę, w kolejnych spotkaniach nie zobaczyliśmy go na murawie ani przez minutę. To dla mnie dziwne. Na co dzień gra w Bundeslidze, a więc w dużo bardziej wyrównanej stawce niż liga portugalska. Muszę wierzyć, że trener i jego asystenci, będąc bliżej tej drużyny, mieli plan i podjęli właściwe decyzji na podstawie codziennych obserwacji zajęć...

Warto było zabierać młodzieżówce Oskara Pietuszewskiego i Marcela Regułę?

- Warto o tyle, że powinni łapać minuty na tym poziomie i oswajać się również z atmosferą kadry. Piłkarsko natomiast to wciąż młodzi chłopcy, potrzebują jeszcze czasu na ustabilizowanie formy. To, że wyjdzie im jeden czy dwa mecze, nie znaczy, że już teraz będą ciągnęli tę reprezentację. I nie ma co obarczać ich od razu ogromną odpowiedzialnością, żeby się nie spalili.

No to na koniec „sakramentalne” w takich momentach pytanie: Jan Urban powinien pracować dalej z kadrą?

- Od ładnych kilku lat skupiamy się wyłącznie na zmianach selekcjonerów, a nie na budowaniu zespołu. Przecież każda taka zmiana to nowa wizja, nowy pomysł, nowy sposób gry, czasem nowe nazwiska. Jan Urban też sprawdza nowych zawodników, wprowadza ich – moim zdaniem – rozsądnie. Bez nagłej rewolucji, ale i bez zachłystywania się ich wynikami w młodzieżówce, bo mecz z Włochami pokazał, w którym są miejscu... Więc co do pytania o zmianę selekcjonera: ludzie, opanujcie się! To zresztą uwaga głównie do środowiska dziennikarskiego i „ekspertów”. Jak można było – pod naciskiem mediów – zmienić trenera, który wyszedł z reprezentacją z grupy na mistrzostwach świata?! A został zmieniony, bo wylał się na niego koszmarny hejt, również ze strony dziennikarzy. Apelowałbym więc tym razem o spokój. Nie może być tak, że co roku będziemy zmieniać trenerów. Mamy określony potencjał zawodników, określoną ich grupę. Innej nie będziemy mieli przez najbliższe lata. I obojętne kto przyszedłby na to stanowisko, będzie dysponować tylko tym materiałem ludzkim. Trzeba go więc po prostu ustabilizować; tylko w ten sposób, dając selekcjonerowi czas, możemy do czegoś dojść.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Paweł Kryszałowicz nie potępia w czambuł Polaków za wrześniowo-październikowe mecze.Fot. Piotr Matusewicz/Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się