The Best of Marek Papszun
Rozstaniem Marka Papszuna z Rakowem żyła cała - nie tylko piłkarska - Polska. O tej sadze czytało się w gazetach i portalach, dyskutowano o niej w specjalnych programach i w tramwajach.
Maj 2023 - pierwsze mistrzostwo Polski i wniebowzięcie helikopterem. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
Dla dziennikarza, który z dość bliskiej odległości mógł od pierwszych dni obserwować pracę szkoleniowca, przychodzącego do II-ligowego wówczas Rakowa jako anonim, a odchodzącego – w subiektywnym odczuciu - jako najbardziej charyzmatyczny trener w Polsce ostatniej dekady, było to wydarzenie, któremu musiał poświęcić nieco więcej miejsca. Przytoczone historie, anegdoty, fakty nieznane szerszej opinii publicznej albo nieznane wcale, to oczywiście tylko mały wycinek tej blisko 10-letniej historii.
Strach ma wielkie oczy?
Wedle obiegowej opinii Marka Papszuna w Rakowie „bali się wszyscy” i woleli nie wchodzić mu w drogę. Jak to bywa zwykle w przypadku tak charyzmatycznych postaci wymagających bardzo wiele od innych, ale jeszcze więcej od siebie – bali się przeważnie ci, którzy akurat zawalili jakiś temat, albo - w odczuciu trenera - nie zrobili wystarczająco wiele w jakiejś sprawie.
Scena nazajutrz po jednym z ligowych spotkań. Mocno poirytowany trener od progu wita się z jedną z ważniejszych osób w klubie słowami: „Witam PREZESA NIC SIĘ NIE DA” Skąd taki imperatyw? Klub nie zamierzał odwoływać się od czerwonej kartki zawodnika dochodząc do wniosku, że była na tyle ewidentna, że odwołanie będzie jedynie stratą czasu. Taka postawa Papszunowi mocno się nie spodobała: – Nie widzę tu żadnej determinacji! Musi być determinacja, bo jak ja później mam drużynę zmobilizować w szatni?! De-ter-mi-na-cja! – powtarzał w swoim charakterystycznym stylu, a podobne sceny nie były odosobnione.
Inny przykład mocarnej osobowości szkoleniowca? – Pamiętam moje początki pracy w klubie, gdy wszyscy bali się wejść do pokoju trenera Marka nawet z tak prozaiczną sprawą, jak zaniesienie mu kluczy od samochodu. Chcieli, żebym ja to robił. Mówili: „Na ciebie nie będzie krzyczał” – wspomina Wojciech Cygan. Do trenera w Rakowie odczuwano ogromny respekt.
Astana uratowana!
Osobiście miałem z trenerem Papszunem doświadczenia raczej odwrotne. Nigdy nie pracowałem w Rakowie, ale na bazie relacji trener – dziennikarz po latach mogę stwierdzić, że traktował ludzi z wzajemnością. Jeśli byłeś wobec niego w porządku – nie miałeś problemów, a wręcz przeciwnie.
Historia z lata 2022 roku. Gdy okazało się, że pierwszą przeszkodą częstochowian w europejskich pucharach będzie FK Astana, podekscytowanie możliwością polecenia z Rakowem do Kazachstanu było u mnie ogromne. Kiedy nadszedł dzień wylotu, przybyłem zgodnie z agendą o ustalonej godzinie na miejsce zbiórki. Od samego początku czułem jednak, że „coś jest nie tak”, bo nie było tam żadnego innego dziennikarza. A przecież nie miałem tam lecieć jako jedyny! Wprawiony w lekki niepokój wyjąłem telefon, wybierając numer do piszącego wtedy dla „Sportu” Piotrka Tomalskiego.
– Gdzie jesteście?! – zapytałem.
– No tu przy bistro – odpowiedział.
– Jak przy bistro, jak ono otwierane jest tylko w czasie meczów? (chwila ciszy)
– Ale co to ma do rzeczy?! – odparł mocno zaskoczony, a mój niepokój i nerwy narastały z każdą sekundą.
– Ale gdzie przy bistro? – nie ustępowałem, a wzrok próbował znaleźć znajome twarze. Daremnie.
– No jak gdzie, na lotnisku! – odparł.
I tu doznałem olśnienia: godzinę zbiórki zapamiętałem dobrą, ale miejsce już niekoniecznie... Zamiast na lotnisku w Pyrzowicach, znajdowałem się na stadionie Rakowa!
Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że drużynie przeciągnął się trening i w tym momencie jako ostatni do klubowego autokaru kierował się trener Papszun. Kiedy przedstawiłem mu swoje położenie, zaśmiał się i rzucił: „To co? Nie lecimy?”. „Teraz już mój los pozostaje tylko w rękach trenera …” - odpowiedziałem nieśmiało nie wiedząc, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń. Trener rozejrzał się szybko po autokarze, stwierdzając w końcu z dużym luzem: „No tu widzę koło kierowcy jest jakieś jedno wolne miejsce”.
Historia i zakończenie na pozór prozaiczna, ale dało mi oczywiście duże poczucie ulgi. Na lotnisko dotarłem z zawodnikami i sztabem, a kiedy opowiadałem „przygodę” ludziom z klubu, stwierdzili: „Dobrze, że się nas nie poradziłeś, bo byśmy ci to mocno odradzali. Trener nawet osób z klubu nie chciał nigdy zabierać do autokaru!”.
- No i sam widzisz, jakiego tyrana ze mnie robią – z uśmiechem skomentował tamto zdarzenie szkoleniowiec, gdy wspominaliśmy je po kilku latach.
Transfery nieoczywiste
Zdarzali się piłkarze, którzy pewnie nigdy do Częstochowy by nie trafili, będąc uznanymi za zbyt słabych i nie pasujących do koncepcji, gdyby nie trener. Przykład najnowszy to Lamine Diaby-Fadiga. Nieco wcześniej to Jean Carlos Silva, którego niezbyt dobrze ocenił dział skautingu (w Rakowie jest procedura, że w przypadku transferu wszyscy muszą się wypowiedzieć). Stwierdzono, że rezerwowy Pogoni Szczecin na „dziesiątkę” w Rakowie jest po prostu za słaby: nie potrafi grać tyłem do bramki, nie ma liczb, itd. „Ale on jest na skrzydło” – wtrącił się Papszun, po czym zapadła grobowa cisza, zapanowała konsternacja.
- Musiałem wyjaśniać, z czego to wynika mówiąc, że ma dobrą motorykę, potrafi wejść w pojedynek jeden na jeden. Zarzutem było to, że mało gra, ale ja zauważyłem, że on jako jedyny w tej Pogoni odbudowuje pozycję do „piątki”, wraca i jest odpowiedzialny, ma nastawienie do bronienia i gra dla drużyny. Wierzyłem, że to się może udać – opowiada nam trener, wspominając początki Brazylijczyka pod Jasną Górą.
Jesus last minute
W momencie gdy trener naciskał mocniej na jakiś transfer, a pozostałe osoby w klubie – delikatnie mówiąc – nie były jego entuzjastami, Marek Papszun stosował bardzo prosty, a zarazem logiczny argument: weźmy go teraz na rezerwę, ale cały czas szukajcie lepszych. To nie tylko casus Carlosa czy Fadigi; podobnie do Rakowa trafił też choćby Zoran Arsenić. Reasumując: często piłkarze, których nikt poza Papszunem nie chciał i mieli być typową „zapchajdziurą”, okazywali się pierwszoplanowymi, nawet kluczowymi postaciami. Teraz będzie jednak o transferze jeszcze innego gatunku...
Jest czwartek wieczór, piątek to ostatni dzień okienka transferowego, a Raków nie ma skompletowanych „dziesiątek”... Około 22.00 trener zdzwania się z ówczesnym asystentem, Dawidem Szwargą, aby się naradzić. Nagle jeden z nich rzuca pomysł z gatunku tych lekko szalonych: a może tego Kolumbijczyka z Rzeszowa ściągniemy? Sztab Rakowa wypatrzył go w czasie sparingu ze Stalą latem, dochodząc do wniosku, że to taki trochę „podwórkowiec”, ale z dużym talentem. Teraz jest błyskawiczna konkluzja: i tak nikogo innego nie ma, a ryzyko w zasadzie jest żadne. Marek Papszun po krótkim namyśle stwierdza więc: „Dawaj, działamy!”.
– Mieliśmy jeden dzień, podczas którego trzeba było załatwić absolutnie wszystko. Dzwonimy rano do Stali, zawodnik wyraził od razu zainteresowanie, więc mówimy: „Musisz przyjechać do Częstochowy”. Wiedzieliśmy, że różne historie o nim krążyły. Taktyka - zero, obrona tak samo. Jednak o 13.00 w piątek siedział już u nas w gabinecie. W Kolumbii o tej godzinie noc, jego menadżer nie odbiera, a nam czas ucieka. "Musisz się szybko zdecydować, czy jesteś gotów się podporządkować. Wchodzisz w to?” – obrazowo relacjonuje negocjacje z Jesusem Diazem obecny szkoleniowiec Legii.
Widać było, że piłkarzowi zależy, ale był to taki transfer w akcie rozpaczy. W stosunku jakości do ceny można po czasie jednak powiedzieć, że to jeden z lepiej wykonanych ruchów przy Limanowskiego w ostatnim czasie. Diaz w Rakowie zrobił ogromny postęp, a trener Papszun pomógł mu w niedawnym przejściu do Lubina, bo w Częstochowie na jego pozycji panuje olbrzymia konkurencja. Innym transferem „z podwórka” jest Ibrahima Seck. Szkoleniowiec wypatrzył w nim inteligencję do gry w piłkę. Na razie jest w dość głębokiej rezerwie, ale widać, że chce się rozwijać.
Tort Brunesa
O „aferze tortowej”, która miała zapoczątkować ostry konflikt najlepszego strzelca Rakowa, Jonatana Brunesa, z klubem narosły już legendy, a w prezentacji „jedynej prawdziwej” wersji zdarzeń prześcigali się czołowi dziennikarze sportowi w Polsce. Jak to zatem z tymi urodzinami Norwega było? - Polscy zawodnicy czasem przyniosą jakieś ciasto. Ale tort? Odkąd tu jestem nie pamiętam, żeby jakiś piłkarz przyniósł tort, a już na pewno pierwszy do tego byłby Brunes! – słyszymy od jednej z osób w klubie.
Marek Papszun jakiś czas wcześniej wprowadził tradycję, że piłkarz w dniu swoich urodzin otrzymuje od reszty kolegów życzenia oraz książkę. Brunes, który latem chciał zamienić ekstraklasę na mocniejszą ligę, przed urodzinami i niezwykle istotnymi meczami z Maccabi Hajfa zachował się mocno nie na miejscu. - Chciałem mu więc wtedy dać nauczkę a zarazem lekcję jako młodemu człowiekowi. Nie złożyłem mu wtedy życzeń i zrobiłem to specjalnie, a on miał mi to za złe. Na boku zapytałem go: „Czym my sobie zasłużyliśmy na to, żebyś nas tak potraktował?” Wspomniał wtedy o tych urodzinach. „Widzisz, jak to jest? Chciałem ci pokazać, jak to jest kogoś nie szanować. Czy masz jakieś zarzuty do mnie, do sztabu?”. On, że nie ma żadnych. „To jak mogłeś się tak zachować wobec ludzi, którzy tyle ci dali, pomogli się rozwinąć?” Przyznał mi rację, a od tego momentu nasze relacje się wzmocniły - wspomina tamto zdarzenie Papszun.
Brunes dzięki rozmowie z trenerem zrozumiał swój błąd, otrzymał spóźnione życzenia, a urodziny mógł celebrować wspólnie z kolegami. Zrozumiał, że odejście z Rakowa wiedzie jedynie przez jak najlepsze występy i strzelone gole. Ostatnio rozpędził się tak mocno (osiem goli w siedmiu meczach), że wiele wskazuje na to, iż zimą może wpłynąć oferta, którą będą w stanie zaakceptować wszystkie strony. Choć Michał Świerczewski na niedawnej konferencji prasowej przedstawiającej nowego trenera, pół żartem-pół serio stwierdził, że wycenia Norwega na 15 mln euro.
Puchar Polski 2022
Pamiętacie finał Pucharu Polski w 2022 roku, który mocno podzielił scenę kibicowską w naszym kraju? W największym skrócie: wskutek decyzji władz Warszawy o zakazie wnoszenia dużych flag na Stadion Narodowy, spotkanie zostało zbojkotowane przez fanów Lecha. Możliwe, że na podobny krok zdecydowaliby się kibice Rakowa, gdyby nie... mediacje Marka Papszuna! Trener na nieoficjalnym spotkaniu doradzał im bowiem, aby nie bojkotowali meczu, argumentując to w prosty i bardzo racjonalny sposób: Lech w finale Pucharu Polski pewnie zagra jeszcze wiele razy, Rakowowi może się taka historia już nie powtórzyć - zwłaszcza, że na finał rok wcześniej kibice nie weszli z powodu pandemii.
Był jeszcze inny pomysł na bojkot - obie drużyny na parę minut miały przestać grać w piłkę, albo grać w taki sposób, jak Polska z Japonią w końcówce na rosyjskim mundialu. Na taki wariant nie zgodził się ponoć Maciej Skorża, Papszun był w stanie go rozważyć. Najbardziej zależało mu jednak, aby kibice na stadion weszli. - To było wydarzenie, które zostanie z nami do końca życia. Tych emocji nikt nam nie zabierze i zapewne żałowaliby do dziś, nie będąc wtedy na trybunach – wspomina szkoleniowiec.
Cena sukcesu
Marek Papszun znany jest z tytanicznej wręcz pracy, czasami ponad siły. To dzięki temu osiągnął z Rakowem sukcesy – w stosunku do choćby możliwości infrastrukturalnych - wręcz galaktyczne. Każdy sukces ma jednak swoją cenę, o której nierzadko wiedzą tylko najbliżsi. Spędzając niemalże całe dnie na pracy w klubie, szkoleniowiec miał swego czasu dość kontrowersyjną „dietę”. – Tam na dole w klubie był automat ze słodyczami, a ja miałem cały słoik z „dwójkami” do tego automatu. Energetyk, gazowany napój i wafelek WW, czasami taki zestaw dwa razy dziennie – wspomina szkoleniowiec.
Mało kto wie, że po jednym z meczów, jeszcze w I lidze, trenera zabrała ze stadionu karetka. - Graliśmy z Puszczą, a ja ledwie dotrwałem do końca spotkania. Położyłem się potem w starym pokoju masażystów licząc na to, że mi przejdzie. Nie chciałem tej karetki, ale Michał (Świerczewski – dop. red.) przyszedł i powiedział, żebym się „nawet nie wygłupiał”. Zabrali mnie na Parkitkę, podali jakieś kroplówki. Przyznaję, że szedłem wtedy za ostro po bandzie. Są jednak takie okresy w życiu, gdy nie patrzy się na szkody, tylko jedzie na maksa do przodu – wspomina tamto zdarzenie po latach Marek Papszun.
Jakież musiało być zdziwienie ludzi w klubie, gdy następnego dnia trenerjako pierwszy pojawił się przy Limanowskiego w pełnej gotowości do pracy. Dla Papszuna nigdy nie było bowiem półśrodków. Założony cel potrafił osiągać przy największej determinacji. Tak zapisał się w Rakowie. Jaką kartę zostawi po sobie w Legii? Cdn.
Mariusz Rajek
Lipiec 2017 - pierwszy mecz Rakowa w 1. lidze. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
Maj 2021 - pierwszy Puchar Polski, zdobyty w Lublinie po wygranej z Arką. Fot. Adam Starszyński / Press Focus
Czasami bywały jednak chwile wku...rzenia. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
