Tęsknota za dzwoneczkiem
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
Dobrą tradycją finiszu ligowych zmagań jest rozgrywanie wszystkich spotkań ostatniej kolejki o jednej porze. Ta procedura jest stała od lat, przesłanek towarzyszących jej wprowadzeniu wyjaśniać nie trzeba. Równoległa rywalizacja na wszystkich stadionach mocno utrudnia jakiekolwiek próby „ustawienia” konkretnego meczu o stawkę (puchary czy spadek). Oczywiście nie jest to niemożliwe, czego haniebne przykłady mamy jeszcze z epoki, w której Internet (o jego mobilnej odmianie w każdej komórce nie wspominając) był wyłącznie domeną twórców filmów i literatury science fiction. Pamiętacie finisz sezonu 1992/93 i spektakularną pogoń za bramkami w wykonaniu Legii w Krakowie i ŁKS-u na własnym stadionie w meczu z Olimpią? Nie trzeba było SMS-ów czy innych komunikatorów: wystarczała relacja radiowa niezapomnianego studia S-13, by walkę o tytuł mistrzowski między Wojskowymi i Rycerzami Wiosny sprowadzić do poziomu bezczelnego naigrywania się z zasad fair play i kibicowskich emocji...
Zostawmy jednak na boku najczarniejsze karty rodzimej (s)kopanej. Dziś ostatnia kolejka, pięknie opakowana przez właściciela praw telewizyjnych do rozgrywek ekstraklasy w postać Multiligi, z nieodłącznym dzwoneczkiem na wizji, sygnalizującym trafienie na którymś ze stadionów, siłą rzeczy bije rekordy popularności. Zwłaszcza wtedy, gdy w tej ostatniej kolejce pozostają jeszcze jakieś zagadki do rozstrzygnięcia: mistrzostwo, puchary lub spadek. I nie ma znaczenia fakt, że w całej historii ligi tylko raz – prawie cztery i pół dekady temu – zdarzyło się, by zespół liderujący tabeli po przedostatniej kolejce oddał prowadzenie – i złoto – w serii gier wieńczących sezon.
Skąd to „grzebanie w trupach”? Ano stąd, że jeszcze nie tak dawno – do końca minionej dekady – mecze dwóch ostatnich kolejek grane były tego samego dnia o tej samej porze! To był czas podziału ligi na grupę mistrzowską i spadkową, i w nich właśnie dwie ostatnie serie gier ustawiano na ten sam dzień i godzinę. Gdyby dobrze przeanalizować ten okres, ale też lata wcześniejsze i późniejsze – wiele rozstrzygnięć zapadało właśnie w przedostatniej serii gier. Krótko mówiąc – z marketingowego punktu widzenia 33. kolejka tego sezonu to idealny produkt na Multiligę. Wciąż jeszcze nie mamy żadnego rozstrzygnięcia w czołówce tabeli, a na dole wyjaśniła się jedynie sprawa jednego spadkowicza.
Jest jeszcze i aspekt czysto sportowy, który można by nazwać „mentalną równością szans”. Świadomość wyników bezpośrednich rywali w walce o puchary czy o utrzymanie dawać może pewną przewagę („Wiem, jaki wystarczy mi wynik do realizacji moich celów”), ale być i przekleństwem. No bo przecież jeśli wygra i Lechia, i Cracovia, a w meczu Korony z Widzewem nie padnie remis, Arka – dziś mogąca rozważać różne scenariusze i warianty wydarzeń w dwóch ostatnich kolejkach – w poniedziałkowy wieczór stanie pod ścianą: „Wygrana albo śmierć”.
W tym sezonie Multiligi w 33. kolejce już się uskutecznić nie da. Ale czemu nie pomyśleć o przyszłości?
