Ten mecz musimy wyyyyyyyyygrać!
WYMIANA KOSZULEK felieton Wojciecha Kuczoka
Tu nie ma co „wierzyć w odrobienie strat”, tu trzeba mieć pewność zysków, trzeba rywali sponiewierać, zagryźć, pożreć i wyrzygać, tak jakby to był mecz o życie, bo zaiste takim jest. Wielkie drużyny rodzą się w szale, momentem założycielskim legendarnych jedenastek są mecze, w których przechodzą same siebie, przeskakują na wyższy poziom, niesione jakimś wewnętrznym ogniem nie do ugaszenia, poczuciem własnej mocy, która ma za nic hierarchie i przewidywania. Górnik zagra z Ferencvarosem swój najważniejszy mecz w XXI wieku, ba, najpewniej jeden z najważniejszych w historii międzynarodowych występów. To jedyna realna szansa na zapewnienie sobie pucharowej jesieni – z kimkolwiek Zabrzanie się z zmierzą w przyszłym tygodniu, będzie to miało raczej wymiar piłkarskiego festynu, dzieciaki przyjdą zobaczyć przy Roosevelta Salaha albo Pogbę, mecz się tak czy owak wyprzeda, ale cel, w który Górnicy mierzyć powinni, to Liga Konferencji. Tam się można ograć, tam można będzie powygrywać, ponabijać punkty rankingowe tak, żeby za dwa lata bezczelnie wejść do Champions League bez eliminacji, samym zdobyciem krajowego tytułu. Dziesiąte miejsce w rankingu UEFA to klucz do drzwi Sezamu, o który nasze kluby muszą tego lata bić się do upadłego. Kraj, w którym najwyższą premią wewnętrznych rozgrywek jest udział w LM, stanowi magnes dla piłkarzy z półek wciąż dla nas nieosiągalnych albo osiągalnych sporadycznie. Górnicy, ten mecz musicie wygrać, wygracie-wygracie-wygraaacie, bo nie ma innej drogi do Europy. W Budapeszcie śląska ekipa po bojaźliwym i nieszczególnym początku zagrała więcej niż przyzwoicie. Tu już nie chodziło o „napędzanie strachu” faworyzowanym przeciwnikom, tylko o zwycięstwo - to było widać w konstruowaniu akcji, w parciu na bramkę, inaczej niż w Stambule, gdzie poza jedną sytuacją Zabrzanie nie próbowali kąsać i skupili się na destrukcji. Drużyna Gasparika musi tego lata przebyć okres piłkarskiego dojrzewania w tempie ekspresowym i na razie czyni to z powodzeniem – od pierwszego meczu z Turkami pod hasłem „oby się tylko nie zbłaźnić”, przez rewanż, w którym chodziło o to, żeby „łatwo skóry nie sprzedać”, po mecz w Budapeszcie, gdzie Górnicy już wyraźnie grali o sensowną zaliczkę. Jeśli szanse obu drużyn mierzyć skalą determinacji, Górnicy mają handicap – dla Zabrzan celem jest zagrać jak za dawnych lat, ergo: wrócić na stałe do Europy i z powodzeniem grać z najlepszymi, dla Ferencvarosu boje o cokolwiek poza Ligą Mistrzów są ujmą na honorze. Co prawda raz tylko się do fazy ligowej Champions League przepchał, a przed trzema laty w eliminacjach zaliczył nawet gonga od skądinąd znajomego nam farerskiego Klaksviku, ale mniemanie o wielkości w czasach orbanowskich było w klubie podsycane, a wręcz słono dotowane. Ten klub-pieszczoszek populistycznych rządów Fideszu nieprzypadkowo stracił mistrzostwo Węgier tuż po tym, jak Orban stracił władzę; bonanza się skończyła, ale buta pozostała. Obie drużyny tęsknią do europejskich sukcesów sprzed wielu dekad, obie w zamierzchłej przeszłości dotarły finału Pucharu Zdobywców Pucharów: Górnik w 1970 musiał uznać wyższość Manchesteru City, Węgrzy pięć lat później przegrali decydujące starcie z Dynamem Kijów. Ferencvaros ma jednak w gablocie Puchar Miast Targowych, prototyp późniejszego Pucharu UEFA i dzisiejszej Ligi Konferencji, zdobyty w 1965 roku kosztem Juventusu. Jak w Zabrzu tęsknią do czasów Pohla, Lubańskiego czy Oślizły, tak w IX dzielnicy Budapesztu rzewnie wspomina się erę Floriana Alberta, uhonorowanego w 1967 Złotą Piłką, czy fantastycznego rozgrywającego Tibora Nyilasiego. Mądrale ze stołecznych portali marudzą, że największą gwiazdą Górnika jest trener, bo świetnie ustawia drużynę i wyciąga wyniki nad stan z piłkarzami, którym brakuje jakości. Jak słyszę takie perory, to mi się zbiera, to jakbym słyszał krytyków literackich nie wymawiających r, którzy rozcmokani nad nowym tomem pyawią o tym, czego im w książce zabyakło. Mam nadzieję, że zanim „Piotruś” Federico wciągnie nosem ekstraklasę, po drodze wbiegnie dwakroć z piłką do bramki węgierskiej i zamknie jamy ustne wybrzydzaczy. Myślę też sobie, że numer z Chłaniem na podmęczonych rywali trzeci raz nie przejdzie – z Fener narobił dużo szumu i akcji, które pachniały golem, w Budapeszcie został już sam szum – i że Ukrainiec zasługuje na to, żeby zagrać od początku. W tym meczu trzeba rywali zajechać – sportowo Węgrzy są nieco mocniejsi, dlatego języczkiem u wagi niech będzie zajadłość. Niech piłkarze wybiegną w zatyczkach do uszu, kibice zgotują przyjezdnym piekło, a na boisku niech się aż dymi! Górnik zasługuje na Europę, drużyna z takim stadionem, z taką widownią i tradycją nie może skupiać się na lidze, nie budowano tego obiektu z myślą o wizytach Wieczystej Kraków czy nawet, z całym szacunkiem, o derbach z Piastem Gliwice.
