Teatr jednego aktora
Jonas Vingegaard wygrał 16. etap wyścigu Giro d'Italia, z metą w szwajcarskim ośrodku narciarskim Cari.
Już po raz czwarty w tej edycji Duńczyk miał okazję pocałować zdjęcie ze swoją rodziną, które umieścił na kierownicy. Fot. PAP / EPA
KOLARSTWO
Zrobił to po solowym rajdzie, umacniając się na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej. Duńczyk, który jeździ w grupie Visma-Lease a Bike, odniósł czwarte zwycięstwo w tegorocznej edycji, ale pierwsze w różowej koszulce lidera. Co warto podkreślić, triumfował na wszystkich dotychczasowych odcinkach, które kończyły się podjazdami.
– Moi koledzy z drużyny i ja byliśmy bardzo zmotywowani, żebym wygrał w różowej koszulce. Chcieliśmy wykorzystać pierwszą okazję i zrobić to od razu – relacjonował Vingegaard, który objął prowadzenie w największym włoskim wyścigu po sobotnim, 14. etapie. Ten wczorajszy, który w całości prowadził po szosach szwajcarskiego kantonu Ticino, wyglądał bardzo podobnie, bo Duńczyk ponownie wykończył pracę swoich kolegów. Ci najpierw nie pozwolili zbyt daleko odjechać ucieczce dnia, a po jej dogonieniu przygotowali atak swojemu liderowi, forsując niezwykle mocne tempo, które znacząco ograniczyło czołową grupę. Tym ostatnim, tak jak poprzednio, był młody Włoch Davide Piganzoli i po jego zmianie – 6,6 km przed metą – lider bez problemu zostawił za sobą konkurentów. – Cieszę się, że mogłem im się odwdzięczyć za świetnie wykonaną robotę, sięgając po kolejne zwycięstwo – podkreślał Duńczyk.
– On znowu pokazał, kto tu rządzi. Poza tym to, jak pracuje jego zespół, jest naprawdę imponujące. Jonas [Vingegaard] po prostu robi swoje – podkreślał Felix Gall (Decathlon CMA CGM), który po raz kolejny okazał się najlepszy spośród jego rywali. Na dwóch pierwszych odcinkach, który miały finałowy podjazd, Austriak niewiele stracił do Duńczyka, na tym trzecim, sobotnim była to już jednak blisko minuta, a wczoraj jeszcze więcej i do tego musiał walczyć o drugie miejsce. – Myślałem, że zrobię to samo, co na trudnych etapach, po prostu utrzymam swoje tempo, ale dzisiaj nie było to możliwe – przyznał Gall, który awansował na drugą pozycję w klasyfikacji generalnej, bo Portugalczyk Eulalio Afonso (Bahrain-Victorious), który aż dziewięć dni jechał w różowej koszulce, wczoraj znowu stracił sporo czasu i wypadł poza podium.
Zaraz za Austriakiem we wtorek finiszowali Australijczyk Jai Hindley (Red Bull-BORA-hansgrohe) i Holender Thymen Arensman (Netcompany INEOS). I właśnie tych trzech kolarzy zapewne powalczy o dwa pozostałe miejsca na podium. To, jak i przede wszystkim sprawa końcowego triumfu, rozstrzygnie się w piątek i sobotę podczas etapów w Dolomitach. Na razie Vingegaard wyprzedza Galla o 4.03, Arensmana o 4.27, a Hindleya o równe pięć minut. – Wcale jednak nie uważam, że rywalizacja została już rozstrzygnięta. Wszystko może się wydarzyć, bo przecież mogę mieć słabszy dzień, przewrócić się albo zachorować – przytomnie zauważył ten, który zdominował tegoroczne Giro. Całkiem możliwe, że w trakcie pięciu ostatnich odcinków Duńczyk będzie już oszczędzał siły na zbliżający się Tour de France, w którym – tak jak w poprzednich pięciu edycjach – powalczy o zwycięstwo z najlepszym kolarzem świata, nieobecnym we Włoszech Słoweńcem Tadejem Pogacarem (UAE Team Emirates-XRG).
(gak)
