Teatr i futbol są dla siebie stworzone
Udowadnia to dobitnie spektakl grany przez zespół warszawskiego teatru „Garnizon sztuki”.
Jędrzej Hycnar jako Ernest Wilimowski był przekonujący. Brawa dla wszystkich aktorów, którzy stworzyli świetne role. Fot. Paweł Czado
Cóż, czasami warto odpuścić mecz piłkarski, żeby zobaczyć taką sztukę teatralną! Już wcześniej, po inscenizacjach proponowanych przez Teatr Nowy w Zabrzu czy też katowicki teatr Korez, byłem zachwycony, teraz - w tym zachwycie się utwierdziłem.
Pożądana koszulka z tym hasłem
Zachwyt to duże słowo, ale w tym wypadku nie boję się go użyć. Spektakl „Nic się nie stało” to świetna opowieść o prawie wszystkich ważnych momentach w polskim futbolu opowiedziana przez niecodzienny ładunek emocji. To bardzo zgrabnie zbudowana opowieść, w której jest mnóstwo akcentów humorystycznych, gdy widownia zaśmiewa się do rozpuku, ale i wiele momentów smutnych, gdzie momentami można śmiać się przez łzy. W pewnym momencie - nigdy bym siebie o to, starego cynika nie podejrzewał! - sam otarłem dyskretnie kącik oka.Bardzo doceniam tę opowieść - na poziomie zarówno ogółu, jak i dbałości o szczegóły. Mnóstwo zajmujących wątków - zarówno dla tych, którzy się znają, jak i dla tych, którzy nie mają o futbolu pojęcia. Widziałem, że widownia czekała na przedstawienie z zainteresowaniem. Niektórzy śmiali się w kuluarach, że tytuł spektaklu idealnie komponuje się z momentem, w którym znajduje się obecnie polski futbol po klęsce z Portugalią. - To może być dobre przedłużenie meczu. Koszulka z tytułem sztuki powinna być sprzedawana w sklepach i mieć długą gwarancję - komentowali z ironią. Prawda taka, że kiedyś kibice chcieli pocieszać się gromkim okrzykiem „Nic się nie stało!” po porażkach w ważnych meczach. Ale stały się one tak częste, że hasło nabrało dla wielu prześmiewczego charakteru...
Widać było, że część widzów po tym meczu jest zwyczajnie wściekła. - To nie my powinniśmy płacić za bilety. To nam związek powinien dopłacać, że to oglądamy. Najlepiej zaraz po meczu, działacze mieliby wtedy pewność, że wytrzymaliśmy do końca - mówił z przekąsem starszy mężczyzna do gromadki znajomych. Myślę jednak, że kiedy rozpoczął się spektakl, wszyscy zapomnieli o Portugalii. Cofnęliśmy się w przeszłość...
Marzenia i tęsknoty
Zaskoczyło mnie, że pierwszą postacią, o której opowiada spektakl, jest Ernest Wilimowski, gwiazda śląskiego i polskiego futbolu, niezwykły as Ruchu Wielkie Hajduki, który strzelał Brazylii cztery bramki podczas mistrzostw świata. Zastanawiałem się, jak zostanie przedstawiony przez stołeczne środowiska i... zostałem mile zaskoczony. Gromkich głosów wyzywających piłkarza od czci i wiary, nazywających go zdrajcą za to, że w czasach III Rzeszy zaczął grać w niemieckiej reprezentacji - nigdy nie brakowało. Tymczasem twórcy sztuki przedstawiają go jako człowieka na rozdrożu, o trawiących go dylematach mających ciężar tony, o tym, że czasy, w których żył, nie dawały łatwych wyborów. Albo kolejna historia - pięknie odmalowana opowieść o Kazimierzu Deynie, która nie mogła skończyć się dobrze i my - jako widzowie - podążamy za bohaterem w zaułek, z którego nie ma wyjścia...
To spektakl o marzeniach i o tęsknotach. Jeśli chodzi o marzenia, to raczej mamy tu te z tych, po które nigdy nie udało się sięgnąć, bo przecież dni chwały polskiej piłki to stan nadzwyczajny. Na co dzień mamy przecież najczęściej razowca w postaci przegrywanych meczów pucharowych i reprezentacyjnych. A tęsknoty? No cóż - to tęsknoty za tymi nielicznymi dniami chwały, które się wydarzyły i... tęsknoty za tymi, które nigdy się nie wydarzą. W ogóle spektakl przesiąknięty jest tego rodzaju melancholią, która mi odpowiada.
Kolejne postaci będące bohaterami opowieści też przynoszą chęć zastanowienia, są przedstawione niejednoznacznie. Czasem ze złośliwością, ale zawsze ze zrozumieniem. Zostawiają widza z myślą; „cholera, to nie tak jak myślałem...”
- Początkowo nie chciałam przychodzić do teatru, bo to o piłce, a ja się przecież nią nie interesuję, ale miałam bilet, więc przyszłam. No i... bardzo się wciągnęłam, więc muszę poczytać, żeby dowiedzieć się czegoś więcej - powiedziała mi po spektaklu jedna z kobiet na widowni. Takie podejście to ja rozumiem...
Trzeba wspomnieć, że nie jest to spektakl dla dzieci. Ze względu na gigantyczną dawkę przekleństw, różnego zresztą rodzaju - wymyślnych, ale i łupiących w łeb jak kilof... Cóż, prawda taka, że polski futbol trudno sobie bez nich wyobrazić...
Czy piłkarze mogą tańczyć? Mogą
Aktorzy? Wszyscy świetni! Jędrzej Hycnar - jako Ernest Wilimowski, Piotr Głowacki - jako Kazimierz Deyna („wiesz czemu Deyna pisze się przez y? Bo tak samo pisze się Presley, mała"), Jakub Sasak jako Zbigniew Boniek, Jędrzej Wielecki - jako Emmanuel Olisadebe, Marcin Korcz jako Robert Lewandowski - czapki z głów. Świetny był też Michał Czernecki, który wcielił się w rolę selekcjonerów: Kazimierza Górskiego, Jacka Gmocha i Janusza Wójcika. Nie mogę nie wspomnieć o Paulinie Chruściel jako Ewie Pajor, której rolę kobiety na widowni przyjęły ze szczególną satysfakcją. Jeszcze jedno muszę podkreślić - ujęło mnie to: znakomita choreografia. Odpowiadająca za nią Aneta Jankowska daje aktorom pole do popisu, a oni wykorzystują to bez zmrużenia okiem...
Spektakl zakończył się owacją na stojąco. Pierwszy rząd mógł przybić piątki z aktorami, jak publika za ogrodzeniem z piłkarzami po meczu. Miałem szczęście, bo... właśnie tam siedziałem.
Paweł Czado
