Tam, gdzie prowadzą marzenia
70 lat temu Franciszek Gąsienica-Groń zdobył dla Polski pierwszy medal zimowych igrzysk. A do Cortina d'Ampezzo w 1956 roku miał w ogóle nie jechać!
Franciszek Gąsienica-Groń ubył jednym z najbardziej wszechstronnych sportowców swojego pokolenia – uprawiał narciarstwo alpejskie, biegi i skoki narciarskie, a także pływanie i piłkę nożną. Fot. Archiwum
Stało się to w 1956 roku nie gdzie indziej, a w Cortinie d’Ampezzo, która ponownie będzie podejmować gości igrzysk olimpijskich (wraz z Mediolanem). Franciszek Groń-Gąsienica wywalczył brązowy medal w kombinacji norweskiej.
Talent to za mało
Dla wnuka pierwszego polskiego medalisty zimowych igrzysk historia sprzed siedmiu dekad nie jest jedynie sportową legendą, ale żywym punktem odniesienia. Tomasz Pochwała – olimpijczyk z 2002 roku, skoczek, później dwuboista, a następnie trener oraz delegat Międzynarodowej Federacji Narciarskiej i Snowboardowej (FIS) – podkreśla, że dorastał w cieniu opowieści o Cortinie.
- Historia dziadka zawsze była dla mnie dowodem, że marzenia chłopaka spod Giewontu mogą zaprowadzić na olimpijskie podium. Jego droga i charakter ukształtowały mnie jako sportowca i człowieka. Dziadek zawsze powtarzał, że talent to za mało, jeśli nie idzie za nim codzienna praca i pokora. Kiedy jako dziecko słuchałem historii o jego medalu w Cortinie d’Ampezzo, marzyłem, żeby choć trochę pójść w jego ślady. To on nauczył mnie szacunku do sportu i do gór – powiedział Tomasz Pochwała.
Pasja zostaje
Jak zaznaczył, sportowa tradycja rodziny nadal trwa. - Dziś widzę to samo zainteresowanie sportami narciarskimi u moich synów i siostrzeńca. To pokazuje, że wartości przekazywane przez dziadka wciąż żyją – zmieniają się czasy, sprzęt i realia, ale pasja do gór i nart zostaje. Dziadek swoje pierwsze narty wykonał sobie sam z części od powozu konnego, a skocznię do treningów konstruował z kolegami w Dolinie Kondratowej. Teraz dzieci mają zarówno sprzęt, jak i warunki do treningu – dodał.
Franciszek Gąsienica-Groń urodził się 30 września 1931 r. w Zakopanem. Był jednym z najbardziej wszechstronnych sportowców swojego pokolenia – uprawiał narciarstwo alpejskie, biegi i skoki narciarskie, a także pływanie i piłkę nożną. W latach 1948–64 reprezentował Wisłę-Gwardię Zakopane, z którą był związany również po zakończeniu kariery jako trener.
A miał nie jechać
Jego wyjazd na igrzyska w 1956 roku do ostatniej chwili nie był przesądzony. Kluczowa okazała się determinacja trenera kadry narodowej Mariana Woyny-Orlewicza, który widział w Zakopiańczyku ogromny potencjał, mimo że w tamtym czasie w Polsce nie liczono na medal. W sportach zimowych dominowali Skandynawowie.
- Kandydatów do kadry było ośmiu, więc mieliśmy w Zakopanem eliminacje na skoczni. Dwa razy byłem drugi, raz czwarty. Byłem wtedy osłabiony po chorobie i stąd gorszy wynik. Władze sportowe zadecydowały, że nie pojadę do Cortiny, bo mam spadek formy. Wtedy trener Woyna-Orlewicz, który doskonale wiedział, co się ze mną dzieje, dał ultimatum - jeśli on nie pojedzie, to on rezygnuje... - wspomniał Gąsienica-Groń.
Spadł na plecy
Jeszcze przed igrzyskami wygrał zawody w kombinacji norweskiej w Szwajcarii. Na treningach w Cortinie uzyskiwał największe odległości, a tymczasem 29 stycznia, w pierwszej próbie konkursowej, za wcześnie wybił się z progu i... spadł na plecy. Dwa następne skoki były już niezłe i ustane, ostatecznie wylądował na 10. miejscu z niewielką punktowo stratą do lidera.
W decydującym (o przebiegu konkurencji) biegu na 15 km – znów spotkała go przykra niespodzianka. Dwa kilometry przed metą upadł biegnący tuż przed nim włoski narciarz Alfred Prucker, co zdezorganizowało finiszowy wysiłek naszego zawodnika. Musiał nagle skręcić w kopny śnieg, tracąc w ten sposób kilkanaście sekund! Po dwóch godzinach ogłoszono oficjalne wyniki. Okazało się, że mimo tak wielu – jak na jeden start – „przygód”, Franciszek Groń Gąsienica zajął ostatecznie trzecie miejsce.
Nie bardzo wierzył...
Franciszek Groń-Gąsienica tak wspominał tamte wydarzenia. - Olek Kowalski był po skokach piąty i wszyscy liczyli na jego bieg. On jednak był tak podenerwowany, że nie przespał całej nocy. Ja przez dalszą pozycję w skokach byłem tak jakby trochę z boku, więc nie miałem takich nerwów. Wyspałem się dobrze, rano pobiegłem na rozruch - nawet o mały włos nie spóźniłem się na śniadanie. Warunki były świetne. Wiem, że pędziłem ile sił w nogach i powietrza w płucach. Wpadłem na metę tak zmordowany, że długo nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Dopiero jak się napiłem i złapałem oddech, trochę doszedłem do siebie. A tu ktoś do mnie podchodzi i gratuluje, że obliczył wszystko i jestem trzeci. Przyznam, że wtedy nie bardzo mu wierzyłem - wspominał okoliczności zdobycia medalu, o czym dowiedział się od rywali ze Związku Radzieckiego.
Oficjalne wyniki potwierdziły jednak, że 31 stycznia 1956 roku zakopiański narciarz zdobył dla Polski pierwszy w historii medal zimowych igrzysk olimpijskich.
Z uchem przy radiu
Jak wynika z notatek Gąsienicy-Gronia, brązowy medal miał mu „przepowiedzieć” kolega z reprezentacji Józef Rubiś jeszcze przed rozpoczęciem igrzysk, podczas oglądania wystawy w Cortinie. Spisane wspomnienia olimpijczyka, stanowiące gotową do wydania książkę, czekają na publikację.
W Polsce olimpijskie emocje w 1956 r. przeżywano przy radiowych relacjach. Informacja o pierwszym w historii zimowych igrzysk medalu wywołała w Zakopanem ogromną radość. Powrót sportowca pod Giewont stał się wielkim wydarzeniem – medalistę witano tłumnie na dworcu kolejowym, a całe miasto świętowało jego sukces.
Kontuzja przy piłce
W 1957 roku Gąsienica-Groń wziął udział w zakopiańskim Memoriale Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. Podczas konkursu skoków doznał m.in. wstrząśnienia mózgu, miał też złamany obojczyk i uszkodzony kręgosłup. Rok później wrócił jednak do sportu i wystartował w mistrzostwach świata w Lahti. Zajął 24. miejsce. W tym samym roku zdobył też tytuł mistrza Polski w kombinacji klasycznej. W 1964 roku zdarzył się jednak wypadek, który ostatecznie przekreślił jego szanse na kontynuowanie kariery - podczas gry w piłkę doznał pęknięcia łąkotki.
Gąsienica-Groń poświęcił się później pracy szkoleniowej w klubie Wisła-Gwardia Zakopane. Wychował setki młodych zawodników, w tym ponad 40 mistrzów Polski w skokach narciarskich, kombinacji norweskiej oraz biegach. Trenował również swojego wnuka - Tomasza Pochwałę, a jego pasja do narciarstwa trwa w trzecim pokoleniu – 10-letni Franciszek, prawnuk, także trenuje skoki.
Franciszek Gąsienica-Groń został odznaczony m.in. tytułem Zasłużonego Mistrza Sportu, Srebrnym Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł w Zakopanem 31 lipca 2014 roku w wieku 82 lat.
(PAP), olimpijski.pl
Wiem, że pędziłem ile sił w nogach i powietrza w płucach. Wpadłem na metę tak zmordowany, że długo nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Dopiero jak się napiłem i złapałem oddech, trochę doszedłem do siebie. A tu ktoś do mnie podchodzi i gratuluje, że obliczył wszystko i jestem trzeci. Przyznam, że wtedy nie bardzo mu wierzyłem.
Franciszek Gąsienica-Groń
Wartości przekazywane przez dziadka wciąż żyją – zmieniają się czasy, sprzęt i realia, ale pasja do gór i nart zostaje. Dziadek swoje pierwsze narty wykonał sobie sam z części od powozu konnego, a skocznię do treningów konstruował z kolegami w Dolinie Kondratowej.
Tomasz Pochwała
