Takiego dnia nigdy nie było
Rozmowa z Dariuszem Łukaszewskim, prezesem Polskiego Związku Tenisowego
Fot. Tomasz Mucha
Z ręką na sercu - oglądał pan nocne harce naszych tenisistów w Melbourne?
- Przyznam, że nie, obowiązki zawodowe sprawiają, że rano muszę być wypoczęty, ale poranne mecze Kamila Majchrzaka, a potem Igi Świątek już śledziłem na bieżąco. Ucieszyłem się oczywiście z wyników, a w ciągu dnia fragmentami nadrabiałem zaległości pozostałych trzech Polek. Do wszystkich napisałem wiadomości z gratulacjami, w odpowiedzi przeczytałem „dzięki prezesie, proszę dalej trzymać kciuki!”.
Takiego dnia w polskim tenisie jeszcze chyba nie było, żeby piątka naszych reprezentantów awansowała do kolejnej rundy wielkoszlemowej imprezy?
- Gdyby się ktoś uparł, to pewnie doszukałby się takiej liczby łącznie w singlu i w deblu, ale w grze pojedynczej na pewno nigdy się coś takiego nie zdarzyło. Przed turniejem nie chciałem wróżyć z fusów, ale wiedziałem, że wszystkie mecze są otwarte, czyli teoretycznie każdy z naszych tenisistów przy odrobinie szczęścia ma szansę wygrać, bo poza Linette nikt nie wylosował rywala z Top 20. I okazało się, że forma, jaką aktualnie prezentują, pozwoliła im awansować.
Czy któreś z tych zwycięstw zrobiło na panu szczególne wrażenie?
- Najbardziej spektakularna jest oczywiście wygrana Linette z Navarro, która była już 8. na świecie i od kilku sezonów jest w światowym topie. Ale wszystkie zwycięstwa budzą mój szacunek. Mało jest takich sportowców, jak Majchrzak, którzy potrafią w takim stylu wstać z kolan. Wygrane kwalifikacje i debiut w głównej drabince Klimovicovej udowadniają, że ta dziewczyna rozwija się w bardzo dobrym kierunku. No i cieszy styl, w jakim od początku roku gra i wygrywa Fręch, bo widać, że po ciut słabszym poprzednim sezonie okres przygotowawczy został przepracowany bardzo solidnie.
Zwycięstwo Igi Świątek rodziło się w bólach, pewnie będzie trudno wygrać w tym roku jedynego brakującego w kolekcji szlema?
- U Igi jak zawsze widać przeogromny potencjał, że zmierza powoli na właściwy tor, ale jej tegoroczne mecze pokazują, że wciąż trwa praca nad jakimiś elementami. Moim zdaniem Świątek próbuje grać z większą siłą, by podjąć wyzwanie z Sabalenką i wrócić w określonej perspektywie na pozycję numer jeden. Ale to sprawia, że jej pewność uderzeń trochę nie była stabilna. Napięty grafik w tenisie nie zostawia wiele czasu na wprowadzanie zmian w stylu gry, a jeżeli się to dzieje, to może odbić się na bieżących wynikach, żeby jednak zaowocować w dłuższej perspektywie. I trudno przełożyć te zmiany na super wyniki już w styczniu, na początku sezonu. Iga często rozkręcała się w lutym, marcu, a w zeszłym roku praktycznie zaskoczyła dopiero w czerwcu, od Wimbledonu.
Zapewne liczy pan, że wracający po kontuzji Hubert Hurkacz dotrzyma kroku koleżankom i koledze?
- Jak najbardziej, ale chcę zauważyć, że porażka z Zizou Bergsem nie będzie rozczarowaniem. Belg to nie jest wcale łatwy przeciwnik, może nazwisko niektórym kibicom niewiele jeszcze mówi, ale to tenisista, który wygrał w United Cup trzy mecze, jest wyżej od Huberta w rankingu i wyraźnie puka do światowej czołówki. Wynik jest otwarty.
Jakie widzi pan widoki na kolejne wygrane Polaków w Melbourne?
- Mamy takie, ale skala wyzwania oczywiście rośnie. Chwalimy Fręch, ale teraz trafia na 8. na świecie Paolini i nawet jeżeli przegra po pięknym meczu, nikt nie będzie rozdzierał szat, co jeszcze bardziej dotyczy Klimovicovej w potyczce ze Switoliną. Ale wszyscy nasi już udowodnili, że ich przepustka do Australian Open była zasłużona, a jeżeli zajdą w nim jeszcze dalej, to już będzie dla każdego nich nadwyżka.
Rozmawiał Tomasz Mucha
