Tajemnica tyskiej frekwencji
Wytykanie pustek na stadionie w Tychach to sposób na populistyczne i łatwe „lajki”. Ma ono swoje uzasadnienie, ale... czy wystarczające? Warto spojrzeć na szerszy kontekst.
„Dużo” to pojęcie względne, co idealnie oddaje przykład tyskiego GKS-u. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
GKS TYCHY
Na początek trzeba stwierdzić oczywisty fakt – tłumów na meczach GKS-u Tychy nie ma. Nigdy nie było i... zapewne nigdy nie będzie. Nowy – choć już 11-letni – stadion to jeden z najładniejszych obiektów tej kategorii nie tylko na Górnym Śląsku, ale w ogóle w Polsce. Jego pojemność (15 150 miejsc) nigdy jednak nie została w pełni wykorzystana.
Jest pewne „ale”
Po kolei. W rundzie jesiennej średnia frekwencja w Tychach wyniosła 3 959, a mowa tu o zespole, który po niezłym początku zaczął grać beznadziejnie i obecnie notuje w I lidze serię 14 spotkań bez wygranej (z 12 porażkami). „Czwórka” z przodu mogłaby na spokojnie być, lecz jej nie ma z racji absurdalnego bojkotu części trybun podczas meczu z Wisłą Kraków. Obecny wynik to siódmy rezultat jesieni. Kto był przed GKS-em? Na czele Wisła Kraków (26 191), potem Śląsk Wrocław (15 233), Ruch Chorzów (10 800), ŁKS Łódź (7 344), Odra Opole (5401) i Wieczysta Kraków (4 458). Potem są Tychy i Stal Rzeszów, ale różnica to prawie tysiąc (3 044). Trzeba tu dać jednak pewne „ale”. Po pierwsze – Odra. Działa tam efekt nowego stadionu, który działał też przy Edukacji w sezonie 2015/16. GKS grał jednak wówczas... w II lidze i osiągnął sezonową średnią na poziomie 6 430 widzów. Zaimponowały wtedy głównie spotkania z Rakowem Częstochowa (11 026), Radomiakiem Radom (10 029) i Stalą Mielec (10 382). Po drugie – Wieczysta. Malutki kibicowsko klub swoje mecze gra w Sosnowcu, gdzie wielokrotnie frekwencja wynosiła mniej niż tysiąc. Jej obecny wynik jest sztucznie zawyżony derbami z Wisłą, które odbyły się przy Reymonta, choć to bogaty beniaminek był formalnym gospodarzem. Na stadion przyszło... 31 813 osób. Widać więc, że gdyby nie „czynniki ekstra” Odry i Wieczystej, GKS mógłby być nawet piątą frekwencją ekstraklasowego zaplecza.
Nauczeni tyskim błędem
Jasne, że wynik rzędu około 4 tysięcy nie rzuca na kolana, ale biorąc pod uwagę realia i skalę I ligi, w której Królowie Śląska – jak mianują się tyscy kibice – są weteranami, stadion przy Edukacji osiąga przyzwoite liczby. No i właśnie... stadion. Wielokrotnie oglądając transmisje TV czy będąc na trybunach, jego sektory wyglądają na kompletnie opustoszałe. Patrząc okiem kamery, wydaje się, jakby liczba fanów była liczona w setkach, no ale jednak jest większa (tyle że niekoniecznie duża). Najzwyczajniej jednak w świecie ogrom tego obiektu po prostu przytłacza możliwości społeczności, która nie potrafi go zapełnić. Średnia frekwencja w Tychach – pomijając covida – zazwyczaj mieści się w granicach 4-5 tysięcy, rzecz jasna wiele zależy od rywali (czy przyciągną „niedzielnego kibica”, czy zapełnią sektor gości). Po co więc arena na 15 tysięcy?
28 października 2024, mecz ze Zniczem Pruszków. W telewizji widać dziesiątki, w praktyce było ponad 2000 osób. Fot. screen TVP Sport
Miasto-sypialnia wybudowało stadion relatywnie dawno i zapewne gdyby stawiano go dzisiaj, mądrzejsi o doświadczenia swoje, ale i innych miast tyscy włodarze zdecydowaliby się na kilka tysięcy mniej. Czy 10 tysięcy, jak w Gliwicach, nie byłoby lepszym pomysłem? Swoją drogą niedawny mistrz Polski ma obecnie średnią rzędu 4 711. Za chwilę przeanalizujemy potencjał społeczności, ale warto wskazać, że posiadający większe możliwości kibicowskie GKS Katowice (fakt, nie opinia) ma stadion o (prawie) takiej samej pojemności, a Zagłębie Sosnowiec... ma mniejszy (11 600). Sosnowiec to trzecie największe miasto województwa (po Katowicach i Częstochowie), a w kontekście fanowskim trzeba mówić o całym Zagłębiu Dąbrowskim – z Dąbrową Górniczą, Czeladzią i Będzinem to 350-400 tys. ludzi. Tychy mają 120 tys. mieszkańców. Ruch Chorzów, górnośląski gigant kibicowski równający się z Górnikiem Zabrze, chce wybudować stadion na około 22 tysiące – „tylko” 7 tysięcy większy niż Tychy.
Wielki projekt socjalizmu
No właśnie, przejdźmy do jednego z najważniejszych pytań, jakie należy zadać sobie w przypadku GKS-u. I nie jest to pytanie bynajmniej złośliwe – niech nikt tak tego nie odbiera. Należy bowiem zastanowić się, czy tyskie trybuny... mają w ogóle możliwość, aby być regularnie zapełniane? Skąd GKS ma brać tych kibiców? Frekwencja bieżącego sezonu pójdzie w górę, gdy na Edukacji przyjadą wiosną Ruch i Śląsk, ale nie należy spodziewać się sold outu. Hity zeszłego sezonu? Ruch 9 020, Wisła 7 694. Wcześniej? Wisła 7 198, GKS Katowice 9 691 i – tu Puchar Polski – rekord, jeśli chodzi o Tyszan na nowym stadionie: 13 218 z Legią (w tym 1 288 przyjezdnych), z czego rożne sektory (nie chodzi o buforowe) były wyłączone ze sprzedaży.
Mimo częściowego bojkotu ostatniego meczu z Wisłą Kraków tyski stadion zapełnił się w połowie, a wschodnia prosta prawie w całości. Fot. Mateusz Sobczak / Press Focus
Niemal pewne jest to, że gdyby Trójkolorowi awansowali do ekstraklasy, entuzjazm wśród społeczności podniósłby liczebność na trybunach. Jednakże z gigantyczną dozą prawdopodobieństwa błędneym jest założenie, że Edukacji wyprzedawałaby się tydzień po tygodniu (i że robiłaby to non stop). Tak jak z efektem nowego stadionu i ten czas już przeminął. Poza tym GKS-u po prostu nie stać na frekwencję na poziomie – nawet nie Ruchu i Górnika – ale GieKSy. Chodzi o potencjał ludzki. Tyszanom kibicuje się prawie tylko w Tychach, co ma podłoże historyczne i czasowe (GKS jest najmłodszym okolicznym klubem, z 1971 roku). Historycznie zaś okoliczne powiaty nie mają wielkiej sympatii do miasta, które powstało na pustych polach po II wojnie światowej jako jeden z największych projektów socjalizmu/komunizmu, mający stanowić miasto-sypialnię, z której ludzie będą dojeżdżać do śląskich kopalń, hut i innych zakładów. A skąd ci ludzie? Ano spoza Górnego Śląska. Obcy. Przyjezdni. Gorole. Kluby sportowe – np. GKS Tychy – odgrywają istotną rolę w zawiązywaniu społeczności złożonej z początkowo totalnie obcych sobie jednostek.
Powiatowa analiza
Dookoła zaś mieszkała głównie ludność rdzenna, nieprzychylnie patrząca na nieswoich; na tych, którzy przyjechali do nowych bloków. Tyczy się to nawet tyskich obrzeży, do dziś jeszcze pozostających mocno śląskimi, gdzie głównie ci starsi nie zawsze pałają wielką miłością do GKS-u. A pobliskie powiaty, z których teoretycznie klub może czerpać bazę kibicowską? Od północy są Katowice, np. Murcki. Tam nikt Tyskim kibicować nie będzie. Zachód? Mikołów, słynący ze swojej chorzowskiej barwy, choć w powiecie nie brak też sympatyków Górnika. W powiecie pszczyńskim znajdą się jacyś kibice GKS-u, ale raczej kojarzy się go z rywalizacją zabrzańsko-chorzowską. W leżącym na wschód powiecie bieruńsko-lędzińskim także zdarzają się fani Królów Śląska, np. na bieruńskim osiedlu Homera, jest też Wola, coraz mocniej ostatnio próbują rozwijać się kibice np. w Bojszowach, ale tam raczej trzeba mówić o Ruchu. Lędziny? Och... tam to dopiero Tychów się nie kocha (a kocha GieKSę)! W 1976 r. nieźle prosperujący Górnik Lędziny został wchłonięty przez nowy, odgórnie stworzony GKS, a jego boisko miało służyć tyskim rezerwom. Rok wcześniej same Lędziny stały się zresztą dzielnicą Tychów, tak jak i w tamtym okresie m.in. Chełm Śląski, Imielin, Kobiór czy Bieruń (nowe miasto było terytorialnie w ścisłej czołówce Polski). Lędzinianie nie mieli zamiaru utożsamiać się z nowym tworem. Zresztą powiat bieruńsko-lędzińskim to teren z jednym z największych procentów osób deklarujących narodowość śląską, co też nie pozostaje bez znaczenia.
Tyszanie czy Chorzowianie?
Reasumując – GKS-owi trudno przekonywać do siebie nowych kibiców, bo ci mają już swoje i to bardziej utytułowane sympatie. Ruch, Górnik czy GieKSa mają więcej fanklubów, które same wzajemnie nakręcają się, by chodzić na mecze. Im większe zapełnienie trybun, tym lepsza atmosfera, a to samo w sobie zachęca do wyjścia z domu. Nikt nie chce oglądać ligowego treningu czy sparingu. Pamiętacie czasy covida i puszczane z odtworzenia hałasy trybun czy wstawianie na sektory kartonowych kibiców? GKS to w znacznej mierze klub jednego miasta, a nie miast kilku. Nie jest magnesem, choć oczywiście w perspektywie następnych dekad coś w tej kwestii może się zmienić. Obecnie nie ma co na to liczyć. Zdecydowana większość fanów na trybunach to Tyszanie.
Weźmy taki Ruch i jego ostatni jesienny mecz z Puszczą Niepołomice. Według klubowych danych z 7 518 osób na trybunach z samego Chorzowa 14-krotnego mistrza Polski oglądało jedynie 2 327 fanów. Różne są dane, ale załóżmy, że Chorzów ma 100 tysięcy mieszkańców, co daje 2,3 proc. mieszkańców na meczu. Analogiczny procent dla około 120-tysięcznych Tychów to 2 760 fanów. Jeśli założymy, że Chorzów ma 88 tysięcy, to procent wyniesie 2,64, co dla Tychów oznaczałoby 3 168 osób.
Konie mechaniczne
Pamiętając więc tyską średnią, czy można powiedzieć, że na mecze chodzi więcej Tyszan niż Chorzowian? Może tak, może nie – każdy to pewnie przeanalizuje na swój sposób (być może z uwzględnieniem sympatii klubowych). GKS nie podaje (i nie zbiera) tak dokładnych danych jak Ruch, wszystko to spekulacje i szacunki, ale... najprawdopodobniej można stwierdzić, że liczby są na zbliżonym poziomie. Różnica jest taka, że – co potwierdziłby powyższy przykład – GKS-owi kibicują prawie tylko Tychy, a Niebieskim znacznie większa część regionu. Dla ciekawskich: 2,3 proc. Katowiczan to około 6 414 kibiców, a Zabrzan – 3 506, więc patrząc na publikę GieKSy i Górnika też widać gołym okiem sympatyków z innych miejscowości. Trudno więc śmiać się z Tyszan, że tyle ich chodzi na mecz, bo... ile niby ma ich chodzić? Przestrzelono totalnie wielkość stadionu, to pewne jak amen w pacierzu. Wiedząc, że samochód ma 80 koni mechanicznych, nie możemy oczekiwać, że będzie jechał jak taki, który ma ich 180. Należy jednak docenić, że ten mniejszy też daje radę i że również da się nim dojechać do celu!
Piotr Tubacki
