Szyld
REMANENT - felieton Jerzego Chromika
Na emeryturze lubię nawet poniedziałki, bo mam teraz wszystkie wolne soboty, ale gdy zbliża się wtorek, czyli dzień przesłania na adres redakcyjny moich zdań cotygodniowych, to nie mam powodu do radości. 3333 znaków, niby niewiele, ale jednak same się nie napiszą.
Cieszę się więc, gdy z pomocą przyjdzie mi kalendarz i to nawet nie stuletni, a roczny. Ot taka data – 5 października 2026, a tu kick-off Brzęczka i zaraz potem kick-off Urbana. Tych meczów nie można było przegrać, ale niestety historia nie pomogła. Owszem, takiego jedenastego wygraliśmy i z Portugalią w Chorzowie, i z Niemcami w Warszawie. Ale 5.10. było i 3:7 Legii z Bayernem.
Zastanawia mnie, i to grubo przed pierwszym śniegiem, dlaczego PZPN nie wydaje kalendarza ze swoimi datami godowymi. W takim okolicznościowym wydawnictwie choćby 17 października powinien być w ramce, podkreślony wężykiem. Podobnie jak wspomniany 11.10. i do tego jeszcze 6 czerwca 1973.
Niełatwo zacząć, ale trzeba jeszcze ładnie skończyć, o co apelował pewien premier, chyba jeszcze zanim spadł ze śmigłowcem w lesie. Bo i owszem, bardzo ważna jest gra wstępna, każdy pierwszy kwadrans każdego meczu, ale to wynik końcowy zostaje z nami na lata, a czasami na resztę życia, jak mityczne Wembley.
Kowalczyk, chłopak z Bródna, rzucił w 1992 w przypływie procentów – zmieniamy szyld i jedziemy dalej! Teraz pewnie mógłby to strawestować (przepraszam za wyraz) i krzyknąć – zmieniamy selekcjonera i gramy na utrzymanie, a może nawet przetrzymanie prezesa. Bo ten nie ma łatwo. Od początku urzędowania. Na trzeźwo nie da się wszystkiego ogarnąć.
A tu jeszcze kolejna nowalijka. Ktoś w prokuraturze czyta chyba „Remanent” w „Sporcie” lub ogląda po godzinach TVN24. Po miesiącach przeglądania papierów dociekliwi, już w togach, chcieliby oficjalnie zapytać związek piłkarski (ale też swoisty związek przyczynowo-skutkowy, bo tam nie dzieje się nic za darmo i na ładne oczy) o brakujące w kasie cztery miliony. Było kiedyś w refrenie – „taka gmina”. Teraz jest... TAKI SZYLD.
A skąd wziął mi się ten szyld? W tym sęk. Jest drzewo, się ścina, się tnie na deski, a w desce jest sęk. Zadebiutowałem, jak pewnie już niektórym wiadomo, w ilustrowanym tygodniku „Sportowiec” w 1982. I miałem zawsze przechlapane. Konkurenci z innych tytułów podali strzelców, minuty, składy oraz obsadę sędziowską i mogli pić dalej. Ja musiałem kombinować – jak napisać, by po trzech dniach ktoś chciał to jeszcze przeczytać.
I tak stałem sobie smutny na Roosevelta, myśląc, jak tu ciekawie zacząć reportaż. I wtedy wzrok mój spoczął na budynku klubowym. Szyld jak szyld, białe litery na czerwonym polu. Nie wiadomo dlaczego przyglądałem mu się dłużej i wtedy dostrzegłem w lewym dolnym rogu rdzę. Początek korozji, ale też i... ładny wstęp do tekstu.
Szyld PZPN, bez względu na to, kto tam odpowiadał, odpowiada i będzie niedługo odpowiadał za komunikację z otoczeniem i PR, od dawna straszy i żaden makijaż sprayem nie pomoże. Za łatwo też powtórzyć skompromitowane hasło – zmieniamy szyld i jedziemy dalej!
Bo nie ma dokąd jechać. Liga Narodów C? ME młodzieżowe? Może po barażu, ale z nami po barażu bywa często jak po niedzielnej herbacie. Palto i do domu. Często nawet bez kołacza. Tylko złe myśli kołaczą się w głowie. Z kim do gry? Bo z kim do gwizdania, po dyskwalifikacji Arkadiusza Kamila Wójcika, to wiadomo. A choćby i z AI! Tylko dlaczego zawsze musimy mieć aż tak przegwizdane. Nawet poza Ekstraklasą.
Odpowiedź? Może dlatego, że drogowskazy, podobnie jak szyldy, są stare i często mylące. Widziałem taki pod Ustką. Wzruszające miał kierunki i spore odległości. Brakowało tylko jednego: Manowce – 4 km.
Rozsądek i uczciwość są jeszcze dalej!
PS. Na wszelki wypadek skończyłem pisać ten felieton 5 października o 15:10. Wyniki dwóch meczów nie miały więc wpływu na treść.
Bezdroża, także naszej piłki... Fot. JCH
