Sztuka bilokacji
Stoisz na środku Sosnowca, patrzysz na zegarek i zastanawiasz się, którego ze swoich sportowych dzieci bardziej nie kochasz.
Przed trzema laty Superpuchar Polski zgarnął w Sosnowcu King Szczecin. Fot. Lukasz Sobala / PressFocus
Wyobraź sobie, że po miesiącach wyczekiwania do twojego miasta przyjeżdża basket z najwyższej półki. Masz przed sobą idealny weekend: cztery czołowe męskie drużyny, walka o trofeum, konkursy i oprawa. A potem spoglądasz w kalendarz i dowiadujesz się, że w dokładnie tej samej godzinie twoje lokalne Zagłębie zaczyna sezon. Stoisz na środku Sosnowca, patrzysz na zegarek i zastanawiasz się, którego ze swoich sportowych dzieci bardziej nie kochasz.
27 września w Sosnowcu dwa koszykarskie wydarzenia odbywają się niemal równocześnie. Koszykarki Zagłębia inaugurują sezon meczem z MOSiR-em Bochnia o godzinie 18 w hali przy ulicy Żeromskiego. Tymczasem pół godziny wcześniej w Arenie Sosnowiec rozpocznie się wielki finał Superpucharu Polski koszykarzy. Z jednej strony mamy oficjalne zapowiedzi prezesa Łukasza Koszarka o „najlepszym przedsmaku emocji” i budowaniu święta koszykówki dla każdego. Z drugiej - terminarz, w którym Polski Związek Koszykówki wpisuje dwie duże koszykarskie imprezy w jednym mieście w tym samym czasie! Wygląda na to, że układając kalendarz, po prostu zapomniano sprawdzić, co w ten weekend dzieje się w mieście, a lokalny kibic dostał zagadkę: jak być w dwóch miejscach naraz.
Stracą na tym absolutnie wszyscy. Dziewczyny z Zagłębia, zamiast zagrać przy pełnych trybunach na otwarcie sezonu, zmierzą się z pustawymi krzesełkami, bo spora część fanów wybierze starcie ligowych potęg w Arenie Sosnowiec. Z kolei kibic, który od lat wspiera lokalny klub zostanie postawiony przed bezsensownym wyborem: iść na "swoje" Zagłębie czy na wielki basket z udziałem Trefla czy Legii. Najbardziej uderza jednak fakt, że oba mecze organizowane są pod szyldem tej samej dyscypliny. To nie konkurencja z siatkówką czy piłką nożną - to koszykówka sama odciąga sobie ludzi spod kosza.
Pozostaje mieć nadzieję, że to po prostu zwykłe niedopatrzenie, a nie przemyślana strategia. Jeśli jednak godziny nie ulegną zmianie, lokalnym fanom pozostaje potraktować ten weekend jak sprawdzian z logistyki i zaliczyć pierwszą połowę w Arenie, a na drugą zrobić szybki sprint na Żeromskiego.
Piotr Płatek
