Szpakiem karmieni
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Lubię śpiew ptaków, ale... nie rozpoznaję ich po głosach. Kiedyś korzystałem z aplikacji, ale zbyt długi czas oczekiwania na podpowiedź mnie zniechęcał. Tak naprawdę to poznaję tylko szpaka. No, oczywiście jeszcze wróbla, ale już z odróżnieniem kruka od gawrona nadal mam kłopot.
Lubić to jedno, a pomagać realnie to co innego. W podstawówce, bodaj w szóstej klasie, trzeba było podczas zajęć praktyczno-technicznych zrobić karmnik, by ratować skrzydlatych. W zbijaniu deseczek pomógł mi oczywiście tata, ale radość i tak była wielka. Wysypywane regularnie ziarno, czasami kawałek słoniny ocaliły potem życie niejednemu wróblowi i sikorce. A malcowi serce rosło, gdy zza szyby w kuchni przekonywał się, jak ważne jest dokarmianie.
Mijały dziesięciolecia i... potrzeba pomocy tym, co fruwają, wróciła do mnie ze zdwojoną siłą. Taty już ze mną nie ma, ale pięknie urosła posadzona kiedyś przez niego sosna. Taka przydomowa. Właśnie na niej umieściłem kilka lat temu budkę lęgową. Na chybił trafił. Udało się, bo od razu wiosną zagospodarował się w niej szpak. Nie poznałem go od razu, ale sąsiad mi tak podpowiedział. Przybysz umościł sobie w środku przytulne gniazdko, a ja potem obserwowałem, jak z oddaniem dokarmia pociechy.
Potem była przerwa. Ptaki pożegnały się z moją sosną, a mnie zrobiło się bardzo smutno. Podejrzewałem, że kolejnej rodziny szpaków już nie zobaczę, bo przecież każdy chce mieć dom urządzony po swojemu. Rozważałem nawet z sąsiadem, by posprzątać w budce, umyć ścianki i dopiero wtedy poczekać na kolejnego przybysza.
Mam szczęście. Tydzień temu pojawił się kolejny odważny. Nie od razu wfrunął do środka. Najpierw siadł na daszku, rozejrzał się, popatrzył i dopiero gdy uznał, że ten gość na ławce to tylko niegroźny gospodarz, zaryzykował wlot do lokalu. Teraz ma już regularne rejsy z zaopatrzeniem w dziobie. A mnie cieszy, że czuje się jak u siebie.
Gdy tak podglądałem te szpakowe podchody, przeczytałem wiadomość, że finały mistrzostw świata obędą się bez Darka. Jak to? Akurat miał siedemdziesiąte piąte urodziny. Taki dostał prezent? Przecież za nim trzy ćwiartki, z czego więcej niż dwie przy mikrofonie! A nie tylko ja ten głos rozpoznawałem zawsze, nawet przy maksymalnie ściszonych odbiornikach.
Dzieliłem ze Szpakiem dwa różne pokoje na Woronicza. „Dziewiątkę”, a potem numer 28. Ten drugi już pospołu z Włodkiem Szaranowiczem. Ileż ja się nasłuchałem opowieści w tym domu spokojnej komentatorki. Jakże one były barwne! Książka mogła napisać się sama. Miała nawet gotowy tytuł – „Szpakiem karmieni”. Napisał ją ktoś inny, ale to nie popsuło naszych relacji. Bo Darek, jaki jest, to... nie każdy słyszy! Prawie wszyscy znają go bowiem tylko z transmisji, ale...
To przede wszystkim dowcipny facet, dusza każdego towarzystwa, w dodatku z głosem od Boga! Jak swego czasu krzyknął w moim mieszkaniu z modelowo otwartą przeponą „RIBBERRRY!”, to nasza kotka do końca życia uciekała na jego widok za drapak. Innym razem wyszedł na papierosa na balkon. Letni zmierzch, ale dał się namówić na próbkę arii operowej. Śpiewak, nie komentator! Tego nikt moim sąsiadom już nie odbierze, a do dziś okna z naprzeciwka są lepsze od kamer monitoringu.
15 maja zadzwoniłem do „Szpaka”. Nie odebrał, ale nie mam do niego żalu. Marian Opania dawno temu przekonywał mnie, że prawdziwi przyjaciele nie dzwonią do nikogo w urodziny. Nie każdy wszak chce pamiętać, że kończy akurat ileś tam lat. To powinna być słodka tajemnica właściciela peselu, a dziś na szczęście każdy może sobie go zastrzec.
Od 11 czerwca będzie przez miesiąc pomarańczowy Mundial, a ja wieczorem posłucham świergolenia młodych szpaków. Szpaczków właściwie. Może nawet włączę z przyzwyczajenia telewizor...
