Szopka jasnogórska
MUCHA NIE SIADA, cotygodniowy felieton Tomasza Muchy
Jak Polska długa i szeroka otwierają się świąteczne jarmarki, a który z nich największy, najładniejszy, najbardziej oślepiający i brzęczący - oj, ocena to już wyzwanie dla turystów jarmarcznych, których nie brakuje! Znam osobiście takich, co w każdy weekend jadą na wschód, zachód, północ czy południe, by porównać, ile kosztuje kubeczek grzańca na tych fajerwerkach otulonej dzwoneczkami grudniowej konsumpcji.
Można już natomiast z góry przesądzić zwycięstwo w szopkach bożonarodzeniowych - ja wiem, że prawie ich jeszcze nie ma, dopiero gdzieś tam się pod kopułami rodzą, zobaczyć ich nie sposób, ale, uwierzcie, to nie ma żadnego znaczenia. And the Oscar goes to… Częstochowa! Szopka jasnogórska z udziałem trenera Marka Papszuna, właściciela Rakowa Michała Świerczewskiego i jeszcze kilku mocnych panów ze stolicy będzie nie do pobicia, mówię wam!
Wyobraźmy sobie, że trener Barcelony nagle uzmysłowił sobie, że jednak chce pracować w Realu Madryt; albo że jego kolega z ławki Borussii Dortmund zakochał się w drużynie Bayernu Monachium (byli tacy kopacze, co taką miętę nagle poczuli…), albo, że prowadzący właśnie piłkarzy Manchesteru City Pep Guardiola zapragnął motywować do boju ich koleżków z Liverpoolu... No takie właśnie mamy nad Wisłą zachcianki, gdzie trener jednej czołowej drużyny usilnie chciałby zasiąść na ławce innej, niekoniecznie czołowej, gorszej nawet, mocnej za to w gębie, w ambicjach i przy portfelu. A lojalność? A wierność? A zasady? A zdrowy rozsądek? A przyzwoitość wreszcie? No to po grzańcu... Na zdrowie!
Częstochowa to co prawda nie Betlejem, ale ruch pielgrzymkowy tak się ostatnio pod Jasną Górą nasilił, że król Julian już nie chce dłużej tarzać się w tym zatęchłym sianku, jak wieść gminna niesie za marne ćwierć miliona miesięcznie. Kasa to nie wszystko! No bo ileż można w tej szopie zalegać, skoro ona nie chce się murować, nie chce być nowoczesna, światowa - chce zostać taką jaka jest - przaśną, swojską, taką medalikową. Nic to, że mecenas tej skrzeczącej zagrody to figura na wskroś nowoczesna, obyta w najnowszych technologiach, komputerach, robotach, w tym robotach-psach, idąca z duchem czasu, pionierska wręcz. Tylko że jakby na ludziach znała się ostatnio trochę mniej, a i epitet ludzki człowiek też jakby na dniach mniej się jej imał.
Tymczasem mędrcy z północy niosą nowemu królowi - jak to mędrcy - złoto, kadzidło i mirrę. O, zwłaszcza w kadzeniu są świetni! I roztaczają przed królem wizję świetlanej przyszłości, dóbr wszelakich, wspaniałych i wiernych współpracowników, areny godnej najbardziej odważnych z odważnych, herosów i gladiatorów, dziś co prawda zamiatających ogony w cyrkowej rywalizacji, ale to właśnie ma się zmienić - bo jest potencjał, bo jest historia, bo ludzie są ludzcy i tylko króla im trza… A król Julian nie może się temu oprzeć: w stajence co prawda zdziwienie, frustracja, złość i płacz, ale lament sierot mu niestraszny: „chcem być królem wśród Lemurów, a Lemury chcom bym, był ich królem. I żebym nie musiał znowu tego mówić, żem chcem!”.
Świat usłyszał doskonale, nikt nie ma wątpliwości co do julianowych preferencji, ale są przeszkody - wilki spuszczone szczerzą kły na pielgrzymów i posłańców, i na króla też, a może i roboty - psy. Hola, hola! „Chcieć to połowa sukcesu. Niewystarczająca!” - tako rzecze triumfalnie mecenas stajenki, wyraźnie domagając się więcej złota, więcej kadzidła, więcej mirry!
Ciąg dalszy nastąpi, gwiazdka jeszcze nie wzeszła... Do szopy, do szopy, hej pasterze!
