Szloch
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
I po mundialu... Jako kibice reprezentacji przeżywamy z pewnością jedną z najbardziej przykrych chwil ostatnich lat. Polska po raz pierwszy od 12 lat nie pojawi się przecież na wielkim turnieju. Okoliczności meczu o wszystko w Szwecji są bardzo dla nas bolesne. Jeśli napiszemy, że wynik ewidentnie jest niesprawiedliwy – nie rozminiemy się z prawdą. Tylko co z tego? Jeśli napiszemy, że reprezentacja Polska przegrała mecz, w którym była ewidentnie lepsza – nie rozminiemy się z prawdą. Tylko co z tego? Jeśli napiszemy, że arbiter sędziował skandalicznie i podejmowanymi decyzjami zwyczajnie nas krzywdził – nie rozminiemy się z prawdą. Tylko co z tego? W tej chwili zarówno prawda, jak i szwedzcy kibice mają całe to nasze wzburzenie gdzieś. Trudno się dziwić, bo też przecież mielibyśmy, gdybyśmy byli teraz na ich miejscu, prawda? Na końcu liczą się zawsze tylko i wyłącznie zwycięzcy. Przegrani, jeśli będą rozpaczać za bardzo, narażą się jedynie na śmieszność.
Piłka nożna jest niezmiennie pełna paradoksów. Zauważmy: to był ewidentnie najlepszy mecz za kadencji Jana Urbana i jednocześnie... pierwszy przegrany przez tego szkoleniowca. Oto chichot losu: wiele w Solnej się działo, mnóstwo momentów mogło dać nam w trakcie spotkania satysfakcję, jednak koniec końców zostanie nam tym razem jedynie gorzki osad na zębach. I będziemy czuć go bardzo długo...
Nie ma sensu w tej chwili wyciągać daleko idących wniosków, ani nawet drepczących blisko. To jest przede wszystkim moment na łzy. Moment na grube słowo. Moment na wściekłość. Moment na rzucanie ulubionym kubkiem o ścianę...
„Nie ma krowy na lodzie” – brzmi stare szwedzkie przysłowie. Odnosi się ono do sytuacji, gdy znika problem. Niestety, problemy reprezentacji dopiero się pojawiają. Absencja na dużej imprezie to przecież coś, co musimy sobie dopiero przypomnieć, to coś, na co na nowo musimy nauczyć się reagować, coś, co z pewnością przyniesie jakieś reperkusje. Przed nami być może zmiana pokoleniowa, trudno na razie powiedzieć, jakich rozmiarów, ale powtarzam: na ustalenia tego rodzaju dopiero przyjdzie czas. Pewne jednak jest, że Lewandowski czy Grosicki na mundialu już więcej nie zagrają.
Będziemy w różny sposób przeżywać ten ból, starać się go w sobie stłumić. „Kiedy mówi się o trollach, one same już stoją w sieni” – to inne szwedzkie hasło. Śmiem twierdzić, że idealnie przypasuje do najbliższej rzeczywistości. Mnóstwo ludzi o różnej proweniencji weźmie się teraz za rozliczanie, pojawią się nawoływania o stos czy szafot... Tym jednak – jak sądzę – w ogóle nie należy się zajmować. Dziś wszyscy cierpimy, dziś wszystkich nas boli ta porażka...
Prawda jest brutalna. Odzierając ją z okoliczności, zostaje proste zdanie: Polacy przegrali najważniejszy mecz czterolecia. To dziwne uczucie, gdy Biało-czerwoni przegrywają, zazwyczaj są jednak gorsi. Przekonaliśmy się wczoraj, że nasi potrafią grać w piłkę, że potrafią grać z polotem i zdobywać bramki. Tyle że czegoś zabrakło. Gdybym miał określić czego, to z pewnością, po pierwsze – cwaniactwa, po drugie – szczęścia. To bardzo trudny moment. Nie definiuje jednak naszego futbolu. Po tym ciosie podniesiemy się zapewne i... będziemy silniejsi. Nie mam pojęcia, czy jeszcze za mojego życia, ale kiedyś jednak – na pewno.
