Szlachta nie szlachtuje
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Trzymam kciuki za Jarosława Królewskiego mocno, lecz bez wiary, tak jak trzymałem już wiele razy za wszystkich, którzy obiecywali wykopać patologię z trybun i wypowiadali wojnę gangusom w klubowych barwach. I wszyscy ostatecznie miękli, co niestety dobrze rozumiem, bo odwaga i determinacja kończy się tam, gdzie zaczyna się realne niebezpieczeństwo dla twojej rodziny – wystarczy niema pogróżka w rodzaju fotografii dzieciaka odbieranego z przedszkola.
Chciałeś być działaczem piłkarskim, a tu trzeba być szeryfem – skoro spuchł nawet prawnuk noblisty jako szef MSW i jego osławione „idziemy po was” przeminęło z wiatrem, czegóż oczekiwać po solistach. Jacek Bednarz długo był twardy, ale jak mu zaczęły spadać na murawę w trakcie meczu race wystrzeliwane moździerzową trajektorią zza trybun stadionu, narażając na szwank nie tylko piłkarzy, ale i kibiców w sektorze rodzinnym, uznał, że samotnie kopać się z koniem nie ma sensu. Tępe gnoje z ostrym sprzętem od dekad ganiają się po Krakowie z maczetami i robią krwawą łaźnię na blokowiskach, reszta kibolskiego półświatka ich odsądza od czci i wiary jako niehonorowych patusów, a ja tam żadnej różnicy nie widzę, czy się kogo zarżnie maczetą, czy się mu wystrzeli z bliska racę w krocze, czy się go w dziesięciu skopie na śmierć. Wszyscy są siebie warci, trajkotanie o kodeksach moralnych i honorze mnie mdli, szczególnie gdy to słyszę z ust pospolitych oprychów. Sami mają mokre sny o podrzynaniu gardeł fanatykom wrogich ekip, ale na co dzień uważają się za ludzi honoru, co to w razie czego dają upust emocjom tylko w uczciwej walce podczas „grzybobrań”, na gołe pięści, wedle ustalonych zasad, jak pan prezydent przykazał, „w różnych modułach, zawsze sportowych, szlachetnych walk”.
Mózgi w tych łysych pałach niewielkie i poobijane, trudno mieć pretensje, że komuś się pomyliło szlachectwo ze szlachtowaniem. Nie znam większego miasta w Polsce, które nie miałoby swojego męczennika, wystarczy się poprzyglądać muralom, gdziekolwiek spojrzeć widnieje jakiś kanonizowany szalikowiec, któremu przyrzeczono pomstę, „śmierć za śmierć” itd. Zaprawdę, jedynym sposobem, by oczyścić stadiony z kibolskiej zarazy byłoby przystąpienie przez Polskę do jakiejś pełnowymiarowej wojny – patologia w wieku poborowym zostałaby wzięta w kamasze i wysłana na front albo zwiałaby przed poborem za granicę, świadoma, że średni czas życia żołnierza na „nullu” wynosi pół godziny.
Trzymam kciuki za Królewskiego, bo zaczął dobrze i wydaje się, że ma wsparcie – Lukas Podolski ogłosił pomoc finansową rodzinie zabitego, choć między Zabrzem a Nową Hutą żadnej kibolskiej miłości nie było, fanatycy wszech klubów (oprócz tych zbratanych z wiślacką patologią) ogłosili zawieszenie broni i wysłali swoje delegacje na pogrzeb: powszechny wzburz i oburz chwilowo sprzyja działaniom radykalnym. Prezes Białej Gwiazdy uderzył celnie, bo w symbole – wszak nie chodzi mu o to, żeby wyeliminować zorganizowaną przestępczość – Kraków to nie Gotham, Królewski to nie Batman – ale żeby jej odebrać zawłaszczone barwy klubowe.
Zabijanie w imię klubu to skrajny objaw zwyrodnienia kibolskiej religii – uderzenie w dewocjonalia musi zaboleć. Szumowiny nie będą już mogły wnosić na trybuny swoich świętych obrazków, emblematów, flag i koszulek – owszem, stadion jest świątynią, a futbol religią, sam jestem wyznawcą piłkarskiego kościoła, ale jego drzwi powinny być zamknięte dla sekciarzy. W najbliższą sobotę podczas derbów z Wieczystą okaże się, jak szczelne będą bariery ogłoszone przez Jarosława Królewskiego i po czyjej stronie opowie się wiślacki młyn. Bardzo bym chciał dożyć czasów, w których trybuny piłkarskie będą wolne od zajadłej nienawiści, pozdrowień do więzienia i przestępczej hołoty, ale jest to jeszcze mniej prawdopodobne niż to, że uda mi się zobaczyć nowy stadion Ruchu przy Cichej.
Mam przeczucie graniczące z pewnością, że statystyczny polski, nie tylko krakowski kibol, woli wielkie zadymy od wielkiego futbolu. Szalikowe zjeby prędzej podpalą własny stadion niż zgodzą się kibicować wedle cywilizowanych obyczajów, nakazanych przez najhojniejszego choćby właściciela. Od kilkudziesięciu lat jedyne, co mogą robić włodarze polskich klubów, to „dogadywać” się ze swoimi radykałami – jeśli Jarosław Królewski zdołałby przełamać ten przeklęty impas, zasłuży sobie na pomnik.
Czy prezes Jarosław Królewski będzie miał wsparcie? Fot. Sebastian Sienkiewicz/PressFocus
