Szkoda „naszej” Marty
MUCHA NIE ŚPI, felieton sprzed telewizora Tomasz Mucha
„Pierwsza wielka sensacja Australian Open!” - rozgrzały się wczoraj nagłówki internetów po wyeliminowaniu już pierwszego dnia rozstawionej z numerem 20 Marty Kostjuk. Jak zwykle na wyrost, choć oczywiście porażka 23-letniej Ukrainki z 60. na świecie Francuzką Elsą Jacquemot jest niespodzianką. Marta serwowała po zwycięstwo przy stanie 5:3 w drugim secie, ale nagle mecz zaczął jej wymykać się spod kontroli. Rywalka doprowadziła do trzeciej partii, na dodatek w 12. gemie decydującej odsłony - przy stanie 5:6 - Kostjuk fatalnie upadła i podkręciła staw skokowy. Wróciła na kort z ogromnym opatrunkiem na kostce, doprowadziła do supertiebreaka, dokończyła mecz, ale ostatecznie po 3,5 godzinnej batalii musiała pogratulować sukcesu Francuzce. Po meczu poinformowała, że dalsze badania potwierdziły zerwane więzadło.
Oczekiwania związane z Kostjuk były wysokie, bo przecież świetnie rozpoczęła sezon, od finału WTA 500 w Brisbane, gdzie pokonała trzy tenisistki z Top 10 i przegrała dopiero z Aryną Sabalenką. Znów jednak nie poradziła sobie podczas wielkoszlemowych zmagań - w zeszłym roku odpadała już w 1. rundach Rolanda Garrosa i Wimbledonu.
Marty szkoda, bo to taka „pół nasza” dziewczyna - często trenowała w Polsce, a od ponad dwóch lat jej trenerką jest katowiczanka Sandra Zaniewska. I wolę kibicować dziewczynie z bombardowanego przez ruskie hordy Kijowa niż zachwycać się sukcesami skandalicznie dopuszczonych do rywalizacji „bezflagowych” pociotek Putina i Łukaszenki lub tych w barwach Kazachstanu (Rybakina, Putincewa), Uzbekistanu (Rachimowa, Polina Kudiermietowa) czy ostatnio Austrii (Potapowa).
