Szczęka zamarzała powoli
Rozmowa z Piotrem Lasykiem, rozjemcą sobotnich derbów Górnika z Piastem, laureatem „Kryształowego gwizdka” naszej redakcji w sezonie 2024/25
Piotr Lasyk w Zabrzu w krótkim rękawku. Temperatura odczuwalna – przypomnijmy – minus 15... Fot. PressFocus
Przez dziesięć dni szlifowaliście formę na zgrupowaniu sędziów w Turcji, a przyszło sędziować w kilkunastostopniowym mrozie. Naprawdę nie było panu zimno?!
- Góralska krew (Piotr Lasyk pochodzi z Krynicy-Zdroju – dop. aut.)! A raczej góralska krew i śląski charakter (śmiech). Mówiąc zaś poważnie: jeżeli ktoś śledzi nasze środowisko, to wie, że jest dwóch-trzech sędziów, którzy zawsze wychodzą w koszulce z krótkim rękawem, bez względu na pogodę.
I pan nie zmarzł?
- Może to zabrzmi nieco abstrakcyjnie, ale... byłem mile zaskoczony warunkami. Myślałem, że będzie gorzej. Jedynym problemem były dłonie. No i jeszcze pod koniec miałem wrażenie, że mi... szczęka powoli zamarza.
Ale gwizdek do warg nie przymarzł!
- Za to zamarzł spray jeszcze w pierwszej połowie. Wiedziałem, że już z tego „narzędzia” nie skorzystam do końca spotkania.
A był przed meczem moment, w którym zastanawiał się pan – z udziałem asystentów i przedstawicieli obu drużyn – czy jednak nie odwołać meczu?
- Przed spotkaniem rozmawiałem z obydwoma kierownikami, konsultowałem barwy strojów. Byliśmy świadomi tego, że będą niskie temperatury, ale i wiedzieliśmy – na podstawie prognoz pogody - o tym, że na tle pozostałych drużyn będziemy mieli i tak najlepsze warunki w tej kolejce.
W przerwie była herbata na rozgrzanie się przed wyjściem na drugą połowę?
- Rzeczywiście poprosiłem, żeby czekał na nas gorący napój.
Mówił pan po wszystkim o „względnym spokoju w zarządzaniu meczem”. Jak na derby, agresji rzeczywiście nie było na murawie zbyt wiele – zgadza się pan?
- To były moje trzecie derby w takiej „konfiguracji”. Dwa wcześniejsze faktycznie charakteryzowały się walką, a w jej efekcie - dużą liczbą kartek. Dlatego podczas przedmeczowej odprawy z moim zespołem powiedziałem, że nie wyobrażam sobie, żebyśmy znowu skończyli z tak dużą liczbą upomnień. Udało się, ale nie ukrywam, że drużyny mi... pomogły. Mam wrażenie, że skupiły się na piłce i na graniu, a nie na przeciwniku. Oczywiście były momenty, kiedy musiałem mocniej zareagować porozmawiać z niektórymi zawodnikami: dużo było ukrytych „small talków”, pogawędek.
Pana z zawodnikami czy między nimi?
- Moich z piłkarzami. Choć w drugiej połowie, gdy Piast mocno dążył do zmiany wyniku czułem, że między zawodnikami zaczynają się już prowokacje słowne, ale generalnie jestem zadowolony, z mojej perspektywy zawody oceniam pozytywnie. Po końcowym gwizdku rozmawialiśmy chwilkę z trenerem Myśliwcem, ale tylko o rzeczach związanych z samą grą obydwu drużyn, a to też o czymś świadczy.
Z trybun można było odnieść wrażenie, że mocno z panem walczył o swoje Erik Janża?
- Nie. Jedynie w pierwszej połowie, kiedy miał kolizję z Sancą - zderzyli się nogami - był przekonany, że to jest przewinienie. Bardzo odczuł to zderzenie, ale o faulu nie mogło być mowy. Natomiast – o czym już wspomniałem – w momencie pogoni Piasta za wynikiem, za zdobyciem wyrównującej bramki, wzrastała u jego piłkarzy frustracja, co objawiało się i faulami, i reakcjami na moje ich odgwizdywanie.
Dotyczyło to – tak wyglądało to z boku – chyba głównie Jakuba Czerwińskiego, który parę razy nieprzepisowo powstrzymywał Borisława Rupanowa. Nie miał pan po którymś kolejnym jego faulu ochoty na wyciągnięcie żółtej kartki?
- Generalnie powiem, że zakończenie meczu derbowego bez indywidualnych napomnień – pomijając sytuację z Lukasem Ambrosem na ławce – jest potwierdzeniem dobrze wykonanej pracy. Natomiast analizując to spotkanie w kontekście przewinień, to rzeczywiście w pewnym momencie Jakub Czerwiński był tym, który w krótkim okresie popełnił kilka fauli na tym samym rywalu. Nie były to jednak przewinienia wykonane z nadmierną siłą ani nie przerywały one akcji korzystnych. W pewnym momencie przeszła mi przez głowę myśl, że będę zmuszony ukarać napomnieniem kapitana gości za uporczywe naruszanie „Przepisów Gry”, ale zawodnik chyba też to wyczuł i… przestał faulować!
Powiedział pan też, że dla dobrego zarządzania meczem ważny był początek. Pamięta pan jakąś konkretną sytuację czy decyzję, która utemperowała w tym okresie zapędy zawodników?
- Konkretnego momentu nie było. Najważniejsze okazało się to, by w pierwszych minutach spotkania odgwizdywać proste faule. Zbytnie „popuszczenie lejców” czasem powoduje niepotrzebne „rozpędzenie się” zawodników. Ja na to nie pozwoliłem i dzięki temu prawdopodobnie uniknąłem sytuacji, w której temperatura błyskawicznie by rosła, a liczba fauli byłaby coraz większa. Tymczasem dzięki tym „prostym gwizdkom” po pierwszej połowie w faulach – o ile pamiętam – było ledwie 4:4.
A może było tak spokojnie, bo w obu ekipach zagrało wielu cudzoziemców, niekoniecznie czujących to, czym są dla kibiców derby?
- Być może. Na przykład w Górniku zadebiutowało kilku nowych piłkarzy niemających doświadczenia z naszą ligą i specyfiką. Z niektórymi z nich rozmawiałem w przerwie, ponieważ zauważyłem w pierwszej połowie, że ich zachowania w strefie obronnej przy stałych fragmentach były bardzo ryzykowne. Zwróciłem im uwagę, że mogą skutkować podyktowaniem rzutu karnego.
To ciekawe. Jak się to odbyło? Poprosił ich pan do siebie? A może rozmawialiście przed szatnią Górnika?
- Nie. Zawsze schodząc z pierwszej połowy staram się wykorzystać drogę do szatni, by przekazać takie uwagi. Zwykle wystarczają dwa-trzy krótkie słowa. Tak było i tym razem.
W przeszłości sam pan kopał piłkę. Jest pan w stanie ocenić sportową wartość nowych twarzy w Górniku? Któryś z tych graczy będzie „wartością dodaną”?
- Nie chcę się odnosić do umiejętności, bo skupiam się na mojej pracy. Natomiast przeglądając recenzje medialne ich występów widzę, że niektórzy z nich zebrali pozytywne oceny.
Zakładam, że nawet skupiając się na własnej pracy, zapamiętałby pan pewnie na przykład Brandona Dominguesa, gdyby siedem razy uciekł bocznemu obrońcy Piasta...
- Akurat – szczerze mówiąc – jego zapamiętałem, m.in. z... ciekawej fryzury (śmiech).
A za co upomniany został rezerwowy Lukas Ambros?
- Podbiegł do sędziego technicznego i dla jednego z rywali domagał się kartki. Finalnie była… dla niego, za niesportowe zachowanie.
Prócz derbów Górnego Śląska, w ekstraklasie mamy też – choć akurat nie w tym sezonie – derby Poznania, Warszawy, Krakowa, Pomorza. Ma pan wrażenie, że któreś z nich mają szczególną atmosferę?
- Z reguły – bardzo podobną, bo są to zazwyczaj mecze ze zwaśnionymi grupami kibiców na trybunach. Miałem okazję prowadzić derby Krakowa. Naprawdę czuć było straszne napięcie między drużynami. Mnożyły się wzajemne uszczypliwości – zresztą już na długo przed samym spotkaniem. Osobiście czekam na derby Arka - Lechia. Dużo o nich słyszałem od kolegów, a jeszcze nie mam ich w CV!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Brandon Domingues – brawa za debiut w ekstraklasie. I za... dobór fryzjera! Fot. PressFocus
