System (król) jest nagi

PARAGRAFY I SPORT - cotygodniowy felieton Roberta Kiłdanowicza

Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie! Ten bon-mot z „Rewizora” Nikołaja Gogola idealnie wpisuje się w nasze sportowe życie, zwłaszcza środowiska piłkarskiego. Co więcej, kwestia poziomu polskiej piłki klubowej przewija się cyklicznie w moich felietonach. Jestem krytyczny, zwłaszcza wobec tych wielu eksperckich, tromtadrackich opinii, że „polska piłka nożna się rozwija, idzie do przodu”. Brzmi to jak nieuczciwa, ogłupiająca reklama, która jest przecież czynem nieuczciwej konkurencji, za którą nawet przewidziana jest odpowiedzialność karna (art. 55 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji).

Co mnie w tej kwestii tak bardzo irytuje? No właśnie fakt, że poziom sportowy polskiej ligi w porównaniu do środków finansowych na nią łożonych oraz potencjału zaplecza infrastrukturalnego i wspólnoty kibicowskiej jest wstydliwie niski. Metodę porównawczą możemy i powinniśmy zastosować w rozgrywkach europejskich, a ta jest dla polskiego futbolu okrutnie brutalna. Jesteśmy słabi, choć zajmujemy wysokie - w mojej ocenie zafałszowane miejsce - w klasyfikacji UEFA, nie oddające prawdziwej siły krajowej piłki w Europie. Tegoroczne europejskie puchary wymierzają nam prawdziwą sankcję za okłamywanie kibiców, za zakrzywianie faktów i kreowanie równoległej rzeczywistości.

Ta negatywna ocena się wzmaga, gdy Lech po „oklepie” w Lidze Europy swobodnie ogrywa Legię w stolicy, wskazując, że ta słaba na kontynencie poznańska lokomotywa jest za mocna na „wojskowych”, po czym za chwilę Kolejorz zostaje pogrzebany przez przeciętnego trzecio- (formalnie), a tak naprawdę czwartoligowca (faktycznie)! To zatrważające, jak czołowe polskie drużyny pełnią rolę planktonu w Europie. Finansowanie zaś naszej Ekstraklasy mamy na poziomie Belgii - tylko efekty trochę słabsze, mówiąc delikatnie.

No i dochodzimy do kluczowej sprawy w takiej wiwisekcji, jeśli mamy do czynienia z kapitałem prywatnym w takich klubach/spółkach - to albo właścicielowi skończą się środki, albo rozgoni takie towarzystwo, bo nikt nie lubi trwonić swoich pieniędzy. Mamy tutaj jednak do czynienia z sytuacją rynkową. Dlaczego jednak dajemy możliwość marnotrawienia tychże środków „klubom publicznym” (z właścicielami publicznymi), zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jest dla mnie ogromną zagadką.

Ta nasza chęć odniesienia sukcesu za wszelką cenę jest tak ogromna, że przyzwolenie na zafałszowywanie obrazu jest tak silne, że ludzie organizujący rozgrywki i ci zawiadujący klubami kreują równoległą alternatywę, jak to oni nazywają - „dobrego produktu”. Z racji tego, że zawodowo m.in. zajmuję się doradztwem strategicznym kilku poważnym podmiotom polskim i zagranicznym, wiem z autopsji, że wieczne „dosypywanie pieniędzy” (dokapitalizowanie spółek) w żaden sposób nie wpływa na zwiększenie sprawności funkcjonowania spółki (w tym przypadku klubu), ani na podwyższenie jej jakości.

Brak restrukturyzacji organizacyjnej i zarządzania klubem, tj. stworzenia spójnego i realnego planu oraz konsekwentnej jego realizacji powoduje, że taki klub-spółka będzie „przepalał” kolejne środki publiczne, a potrzeby finansowe samorządów i Skarbu Państwa będą coraz wyższe.

Spowoduje to - oczekiwany przeze mnie w niedookreślonej, lecz bliskiej przyszłości - ustawowy zakaz finansowania klubów profesjonalnych (zawodowych) ze środków publicznych. Dopiero taka regulacja (poziomu ustawowego) spowoduje potrzebę samofinansowania się takich przedsięwzięć gospodarczych. Co wywoła wzrost jakości zarządzania polskimi klubami piłkarskimi, a także wzrost poziomu sportowego. Z tego zresztą przykładu wynika również ogólna zasada gospodarcza i nie jest to żadna eureka ekonomiczna. Istnienie działalności gospodarczej zależy od jej opłacalności. Jeśli jest ona nieopłacalna finansowo, tzn. nie jest samofinansująca, musi „upaść” albo być restrukturyzowana, aby zacząć być efektywna ekonomicznie.

W rozmowach kuluarowych zarządzający polskimi klubami czasami mówią mi, że najłatwiej jest zarządzać percepcją rzeszy wiernych kibiców, którzy wspierają klub. Oddanie dla niego, przymykając czasami oko na nieprawidłowości w klubie (różnego rodzaju), podejście skrajnie emocjonalne związane z zaangażowaniem wolicjonalnym fanów w działalność i życie swoich drużyn powoduje, że stajemy się bardziej subiektywni w ocenie. To skutkuje wyższą tolerancją na te defekty w organizacji i zarządzaniu klubem, a najprostszym kryterium oceny staje się wynik sportowy, który nie zawsze oznacza poziom sportowy.

I jeśli ta liga jest słaba, to przez rok (sezon) takiej rywalizacji wydaje nam się, że polskie kluby prezentują dobrą jakość i dopiero europejskie współzawodnictwo - czy jak to bardziej dobitnie tłumaczy młodzież: eurowp…dol - wskazuje nam miejsce w szeregu, robiąc z nas - kibiców, naiwnych głupków. I chyba wtedy należałoby zareagować Gogolem i jako taki społeczny ruch oddolny wymusić na politykach – państwowych i samorządowych - niezbędne zmiany legislacyjne.

Słaba w Europie poznańska lokomotywa jest za mocna na „wojskowych”, po czym za chwilę zostaje pogrzebana przez przeciętnego trzecio- (formalnie), a tak naprawdę czwartoligowca (faktycznie). Fot. Marta Badowska / PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się