System kastowy

Z DRUGIEJ STRONY – Piotr Tubacki

Jaki jest obecny sezon ekstraklasy, każdy widzi – szalony. Od samego początku zewsząd słychać głosy zachwytu, jaka to nasza liga jest zarąbista z tego powodu, że nigdy nic nie wiadomo, że pełno nieoczywistych rozstrzygnięć, że nie trzeba wsadzać wykałaczek pod powieki, bo gały prędzej wywrócą się do tyłu, niż zamkną ze znużenia. I okej: ja tego nie kwestionuję, coś w tym jest. Rozumiem tę argumentację, może i trochę popieram  ale nie w pełni. Nie czuję tego aż tak mocno, jak – wygląda na to – większość okołopiłkarskiego środowiska.

Bo tak na logikę – jak można mówić o niespodziance, skoro każdy może wygrać z każdym? W końcu niespodzianka co do zasady jest czymś niespodziewanym, zaskakującym, a tu... przecież spodziewamy się niespodziewanego. Czyli to niespodziewane już niespodziewane nie jest. Czy będzie niespodzianką wygrana Widzewa lub Legii z Górnikiem bądź Zagłębiem? W teorii tak właśnie być powinno, bo dwie pierwsze to drużyny ze strefy spadkowej, ale czy w praktyce? No, nie wiem... Wiadomo, że my, jako śledzący ekstraklasę dzień i noc, znamy szersze konteksty. Jasne, że niespodzianką jest, że Widzew i jego miliony dolarów na transfery są na dole; że jest tam też „wielka” Legia z największym budżetem. Ktoś kogoś nie lubi i się cieszy, że wygra – spoko. Ale jakoś odbiera uroku to, że wszystko w tej lidze mieli się jak mięso w maszynce w jednolitą papkę.

Nie zgadzacie się? W porządku. Ale wyobraźcie sobie klub, którego najbardziej nie lubicie. Z dużym prawdopodobieństwem będzie to Legia (wybaczcie, Warszawiacy, ale wiecie, jak to wygląda). Lubicie, jak Wasz zespół wygrywa z Legią, prawda? To wyobraźcie sobie, jakbyście się cieszyli, gdyby wygrał z Legią niepokonaną od 25 spotkań. Czujecie tę radość?

Uważam, że najfajniej jest wtedy, kiedy liga jest podzielona na pewne podgrupy. Kasty, niczym w Indiach. Kasta pierwsza: drużyny walczące o mistrzostwo, najlepsi piłkarze, najlepsza gra, czysta jakość. Kasta druga: walczący o puchary, zespoły z wielkimi aspiracjami, ze swoimi wyróżniającymi elementami, które dają przewagę. Kasta trzecia: środek tabeli, drużyny mające swoje kłopoty, które ciągle nie wiedzą, czy chcą pójść w górę, czy muszą uważać, by nie runąć w dół, chwieją się. Kasta czwarta: ekipy, które nerwowo odwracają się za siebie, bo czują ogień piekielny strefy spadkowej. Kasta piąta: kluby, które mają najbardziej przerąbane, toną i chwytają się każdej brzytwy w walce o ligowy byt, zdesperowani, nie mają nic do stracenia.

Zespoły oczywiście marzą, aby awansować w ramach danych kast (w Indiach o to dosyć trudno). Aby z piątej przejść do czwartej, aby z drugiej nagle być w pierwszej. A może z trzeciej skoczyć o dwie? No ale jednocześnie trzeba uważać, by się nie zsunąć... I wtedy można mówić o niespodziankach! Gdy grupa pierwsza gra z grupą czwartą i przegrywa. Gdy Bayern dostaje lanie od Augsburga. Gdy PSG ulega Auxerre. Gdy Liverpool potyka się z Nottingham. A kiedy nie ma tego systemu i jak w komunizmie – wszyscy są równi? To kto wtedy jest naprawdę dobry? Kto faktycznie potrafi grać w piłkę? Już nawet nie piszę, że brak wewnętrznej stabilizacji rzutuje potem na europejskie puchary...

Autorzy słynnej ekonomiczno-piłkarskiej książki „Futbonomia” zdiagnozowali i udowodnili stanowisko, że kibice wbrew pozorom lubią narrację w stylu Dawida i Goliata. Że lubią, gdy istnieje złoczyńca, którego upadki wzbudzają diaboliczne schadenfreunde. Że lubią, gdy pisze się historia ich malutkich klubów, które ogrywają gigantów, co niczym wieszcze będą mogli potem latami opiewać. No i jakość – lubię wiedzieć, gdzie mogę spodziewać się zwyczajnie dobrego meczu. Po prostu.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się