Strzelają i tracą
W dwóch ostatnich meczach GieKSa strzeliła siedem goli i tyle samo razy piłkę z siatki wyciągali golkiperzy katowickiego zespołu.
W wyjazdowym spotkaniu z Lechem GKS stracił trzy bramki. Fot. Paweł Jaskółka / Press Focus
GKS KATOWICE
Za GKS-em rollercoaster emocji. Zespół Rafała Góraka rozegrał dwa świetne mecze przeciwko Rakowowi Częstochowa i Lechowi Poznań, ale żadnego z tych starć nie udało mu się wygrać.
Za dużo emocji?
W zeszły czwartek po serii rzutów karnych (4:4 po dogrywce) odpadł z Pucharu Polski, a w niedzielę po znakomitej walce zremisował 3:3 z Kolejorzem w lidze, choć trzykrotnie wychodził na prowadzenie. Po rywalizacji z Rakowem Bartosz Nowak stwierdził, że mimo odpadnięcia z walki o krajowe trofeum piłkarze GieKSy mogą chodzić z podniesionymi głowami. Rzeczywiście – Katowiczanie zaprezentowali kawał porządnego futbolu. A co mówili podopieczni trenera Góraka po rywalizacji z Lechem? Głos zabrał Eman Markovic, gwiazda meczu, zdobywca dwóch bramek przy Bułgarskiej. – Remis przeciwko Lechowi musimy szanować, choć byliśmy trochę smutni. Jest to jednak jedna z najlepszych drużyn w lidze. Nie możemy więc narzekać – stwierdził Norweg, który zagrał w pierwszym składzie po raz pierwszy w 2026 roku.
To, co rzuca się w oczy w obu ostatnich spotkaniach GieKSy, to wynik. Katowicka ekipa była w stanie zdobyć cztery bramki w trakcie 120 minut rywalizacji z Rakowem, a w 90 minut spotkania z Lechem pokonała Bartosza Mrozka trzy razy. – Siedem goli w dwóch meczach to pod względem ofensywnym bardzo dobry wynik – powiedział Markovic, który znacząco przyczynił się do tego rezultatu bramkowego. Zwrócił jednak uwagę na równie ważny, co strzelone bramki, fakt. – Stracone siedem bramek cieszy mniej. Musimy dokonać analizy i wyciągnąć odpowiednie wnioski – dodał 26-letni piłkarz, który ma bośniackie korzenie.
Najbardziej muszą boleć bramki, które GKS stracił zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy. A przecież tak było w obu ostatnich meczach. W drugiej połowie spotkania z Rakowem Częstochowianie błyskawicznie zaczęli odrabiać straty i w ciągu kilku minut ze stanu 0:2 doprowadzili do remisu 2:2. Nowak powiedział, że zespół ze zbyt wielkimi emocjami wyszedł z szatni. Najpierw Dawida Kudłę pokonał Jonatan Brunes, który oddał precyzyjny strzał z dystansu. Może defensorzy mogli zrobić więcej, ale możemy uznać to za przebłysk geniuszu norweskiego snajpera. Błąd natomiast popełniono chwilę później, gdy po rzucie rożnym do siatki trafił Bogdan Racovitan, a żaden z Katowiczan nie wyskoczył wraz z nim do pojedynku główkowego.
Natomiast w meczu z Lechem po pierwszej połowie GieKSa wyszła z szatni z wynikiem 1:0. W 48 minucie było już jednak 1:1, ale bramkę, którą zdobył lider tabeli,należy uznać za kompletny przypadek – piłka odbiła się najpierw od Marcina Wasielewskiego, później od klatki piersiowej Arkadiusza Jędrycha, a następnie wpadła do bramki. Trudno doszukiwać się w tym przypadku błędów.
Delikatny uśmiech
Czy więc mamy do czynienia z ogromnym problemem, który trzeba błyskawicznie rozwiązać? Cóż, błędy zdarzają się każdej drużynie. W Katowicach nie ma więc co bić na alarm. Nie ma też sensu na siłę szukać problemów GKS-u, szczególnie po meczach z rywalami klasy Lecha i Rakowa, ekip o ugruntowanej pozycji w ekstraklasie, które co rok walczą o europejskie puchary. GieKSa zagrała po prostu dwa świetne mecze, dając kibicom to, po co przyszli na stadion, czyli ogromne emocje. Ostatecznie przegrała po jedenastkach z Rakowem i zremisowała z Lechem. Czy przy odrobinie szczęścia zawodnicy Rafała Góraka mogli grać dalej w Pucharze Polski i dodać trzy punkty w tabeli? Tak, ale to – jak wspomniał Markovic – nie jest dla całej społeczności GKS-u powód do narzekania. Wręcz przeciwnie – na myśl o tym, że Katowiczanie są w stanie jak równy z równym zagrać z Rakowem i Lechem, kibice powinni się delikatnie uśmiechnąć.
Kacper Janoszka
