Sport uczy pokory

POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz

Mój dobry znajomy ma dwóch wnuków bliźniaków. Jeden jest bramkarzem, drugi napastnikiem, w dodatku trenują w różnych klubach. Szkopuł w tym, że młodzieńcy mają 9 lat i mieszkają w dużym mieście. Wożenie brzdąców kilka razy w tygodniu na trening i z powrotem, uzupełnione lekcjami angielskiego i muzyki, to robota na cały etat albo półtora. Koszty dobrotliwy dziadunio pokrywa z własnej kieszeni, na szczęście ma emeryturę lepszą niż będą pobierali dzisiejsi dwudziestolatkowie.

Świat stanął na głowie i pewnie nieprędko wróci na nogi. Jeśli w ogóle. Coraz częściej łapię się na refleksji, że urodzenie się w połowie ubiegłego stulecia to wcale nie był taki zły pomysł. Urodzeni w latach 50. zdobyli dla Polski tuziny medali olimpijskich, rozsławili nasz teatr, muzykę, naukę i literaturę. A zdecydowana większość społeczeństwa była zdrowa i wysportowana. Wszystko to mimo dominującej powojennej biedy, monotonnego jedzenia, ciasnych mieszkań. Na moje dzieciństwo składało się chodzenie do państwowego przedszkola i takowej szkoły (lubiłem) oraz przebywanie na podwórku. A tam działy się rzeczy wielkie: mecze piłki nożnej, w których grałem na wszystkich możliwych pozycjach, zimą hokej, bo zimy były jeszcze mroźne i śnieżne, podwórkowy wyścig pokoju na ciężkim rowerze marki Pionier, boks w rękawicach wypożyczonych z pierwszego kroku pięściarskiego (każdy kandydat na mężczyznę przez to przeszedł), szachy z dziadkami kolegów. Do tego wymarłe już gry w zośkę, klipę, zbijaka i pierwsze westchnienia do dziewczyn wyginających się w gimnastycznych pląsach na trzepaku. Ściągnięcie nas do domu z podwórka wymagało od rodziców sporej cierpliwości i determinacji. Tuż przed zmierzchem z okien niosło się chóralne „do domuuuuuu”, na co dużo młodszy chór zgodnie odkrzykiwał „zaraz”. Trwało to dobrą godzinę, bo trzeba było dokończyć mecz. A grało się dopóki było cokolwiek widać, wygrywał zespół, który strzelił ostatniego gola. Wyniki 38-37 nie należały do rzadkości.

Na zorganizowane treningi chodziłem sam lub z kolegą z naprzeciwka. Dwa kilometry na futbol w Marymoncie, tyleż samo na szczypiorniaka na Spójnię, nieco dalej na kosza w Polonii. Rodzice nawet nie wiedzieli, co i kiedy trenuję. Co prawda ojciec był posiadaczem legendarnego auta Wartburg produkcji NRD, ale poproszenie go o podwózkę byłoby obciachem. Dziś małolata podwozi się wypasioną bryką, kupuje mu buty za tysiaka i koszulkę a la Ronaldo lub Lewandowski z drogiej firmy. Pierwsze korki piłkarskie odziedziczyłem po kuzynie grającym w „okręgówce”. Były dziurawe, cuchnące i niewygodne, ale koledzy bardzo mi ich zazdrościli. Nie ma już podwórek, tak jak w domach z betonu nie było wolnej miłości w kultowej piosence Martyny Jakubowicz. Są kondominia ogrodzone niczym Alcatraz z ochroniarzami pilnującymi, by jakiś intruz nie przedostał się na i tak puste boisko. Jedyny ratunek w szkołach, to tam musi odżyć sportowe życie.

Fajnie, że „Orlen” i inne wielkie firmy finansują programy usportowienia młodzieży, ale jaki procent populacji obejmują? Dziesięć, może dwadzieścia. Bez naturalnego pędu dzieci do sportu nawet zamiana milionów złotówek na miliardy nie pomoże. A ten mogą uaktywnić tylko rodzice i nauczyciele, w takiej właśnie kolejności. Zapasiony tatuś z browarem w ręku ryczący przed telewizorem „Polska gola” nie będzie wzorem dla córki i syna. Podobnie bogaty menago z korporacji zabierający latorośle na narty w Dolomity. A popatrzmy za Wielką Wodę, w USA i Kanadzie każda uczelnia żyje sportem. Kiedy u nas?

Rozłam w Klubie Wybitnego Reprezentanta PZPN jest widoczny. Klasyczne zwarcie starych z młodymi, życie. Po odwołaniu Dariusza Dziekanowskiego, który zapomniał, że nie gryzie się ręki, która karmi, zapanowało bezkrólewie. Gdyby tylko zasługi decydowały, to szefem tego gremium bezdyskusyjnie zostałby Władysław Żmuda, jedyny Polak, który zagrał na czterech mundialach. Ani osiągnięcia „Dziekana”, ani zastępującego go tymczasowo Piotra Świerczewskiego zwanego „Świrem” nijak się mają do dorobku Żmudy. Jednak kierowanie grupą wybitnych i przeambitnych ludzi wymaga końskiego zdrowia, czasu i determinacji, a słynny obrońca ma teraz ważniejsze sprawy na głowie. Zdrowie najważniejsze. Zatem kto? Byłem świadkiem zażartej dyskusji pomiędzy Antonim Szymanowskim i Jackiem Krzynówkiem. Młodym Czytelnikom wyjaśnię, że Szymanowski to as legendarnej drużyny Kazimierza Górskiego, najsłynniejszej w historii polskiego futbolu, a Krzynówek błyszczał w reprezentacji Jerzego Engela i Leo Beenhakkera. Panowie nie mogli dojść do porozumienia, mediator niezbędny. Może Włodzimierz Lubański podjąłby się tej roli? Jemu nikt nie odmówi ani nie podskoczy.

Kluby reprezentujące nas w Lidze Konferencji „już były w ogródku, już witały się z gąską”. No ale sport uczy pokory... Fot. Tomasz Jastrzębowski/PressFocus

„Już był w ogródku, już witał się z gąską” - pisał sam Adam Mickiewicz. Jak ulał pasuje to do sytuacji dwóch polskich klubów - więcej niestety nie mamy - w Lidze Konferencji. Peany, pochwały, wizje świetlanej przyszłości poszły precz, oby chwilowo. Wszystko za sprawą kilku godzin minionego czwartku. To dowód, że sport uczy pokory jak żadna inna dziedzina życia. Porażki Legii i Jagiellonii sprawiły, że z nieba spadliśmy do przedsionka, na szczęście nie piekła jeszcze. Wystarczy wygrać za dwa dni w Szwecji i Białymstoku, by dobre nastroje powróciły. Ściskam kciuki i to bardzo. Sytuacja jak w powiedzeniu o dniu, którego nie należy chwalić przed zachodem słońca i prawdziwym mężczyźnie, którego poznajemy, gdy kończy, a nie gdy zaczyna.

Wielki sport wraca na Górny Śląsk, czyli tam, gdzie jego miejsce. Po zmianie ustrojowej wieszczono kryzys i upadek. I to się zdarzyło, na szczęście ostatnio sport się tam odradza jak Feniks z popiołów. Nie trzeba już fikcyjnych etatów w hutach i kopalniach, nie te czasy. Mimo ofensywy sztucznej inteligencji, wciąż najważniejsi są ludzie. A twardszych i pracowitszych niż Ślązacy i Zagłębiacy nie znajdziecie. Do ligowych tabel wróciły drużyny z Katowic, Zabrza, Chorzowa, Gliwic, Bielska-Białej, Tychów, Sosnowca, Dąbrowy Górniczej, Będzina i kilku jeszcze miast. Co więcej, międzynarodowe federacje coraz częściej przyznają organizację wielkich imprez na Śląsku właśnie. Eurobasket, czempionat szczypiorniaka, hokej, siatkówka. Tylko z futbolem kłopot, bo trudno przełamać monopol Stadionu Narodowego w Warszawie. Za to prestiżowej imprezy halowej w stolicy nie uświadczysz. Brak hali z prawdziwego zdarzenia to wyrzut sumienia kilku już ekip rządzących Warszawą. Stadion Śląski w Chorzowie to nasze dobro narodowe, wielka historia, legenda. Jednak jego konstrukcja sprawia, że lekkoatletykę ogląda się świetnie, ale piłkę nożną już niekoniecznie. Chylę czoło przed ludźmi, którzy ten obiekt zmodernizowali niczym hotel z dwóch do czterech gwiazdek. Wybiorę się na mecz Ruchu, by przekonać się naocznie, jak to tam jest z widocznością. Mam nadzieję, że lepiej niż w czasach kadry Jerzego Engela, gdy w listopadowy mglisty wieczór Zbigniew Boniek zapytał mnie, w jakim składzie gramy, bo z Biało-czerwonych rozróżniał tylko Emanuela Olisadebe.

Od zawsze losowanie eliminacji dowolnych mistrzostw budzi większe zainteresowanie niż niejeden mecz. Dziwi mnie to, więcej emocji dostrzegam w losowaniu totolotka po wysłaniu kuponu. Przecież wiadomo, że musimy zagrać z kimś od nas mocniejszym, kimś na zbliżonym poziomie i jakimś słabeuszem. I tak wszystko w głowie trenera i dyspozycji zawodników. Po co się ekscytować tym, czy zagramy z Hiszpanią, czy z Holandią, skoro nie mamy na to żadnego wpływu? Tak rozumowali wielcy trenerzy, Kazimierz Górski i Antoni Piechniczek, tak radzę Michałowi Probierzowi. Na pamiętnym mundialu przed pół wiekiem los przydzielił nam Włochy i Argentynę, czyli gigantów. I co z tego? Pyknęliśmy jednych i drugich, bo zagraliśmy bez kompleksów, z wiarą. Zatem cała naprzód i do boju Polsko!