Spacerki bez selfie
DZIENNICZEK WOLONTARIUSZEK (3)
Ruch przed wioską sportowców w Predazzo.
Pierwszy dzień wolny od obowiązków na skoczni spędziłyśmy... w okolicach skoczni – a jakże. Konkretnie – w Predazzo, spacerując po tutejszych uliczkach. Wioska olimpijska dla skoczków, dwuboistów oraz narciarzy zlokalizowana jest w budynkach tutejszej „Scuola Alpina della Guardia di Finanza”, czyli alpejskim ośrodku szkoleniowym... włoskiej policji podległej Ministerstwu Gospodarki i Finansów, wykonującej również zadania służby celnej. Żadnych nowych osiedli, apartamentów – po prostu adaptacja na potrzeby igrzysk istniejącego już campusu. Nie wszystkim się to podobało (mówiąc między nami, podobno m.in. jedzenie nieszczególne...), w kolejnych dniach następował więc exodus sportowców i trenerów wielu nacji z wioski do okolicznych hoteli. „Było miejsce?” - zapytacie. Najwidoczniej tak. Owszem, kibiców też się widuje na ulicach miasteczka, ale jednak dominują na nich sportowcy: w charakterystycznym dla swego kraju ekwipunku. I spacerują sobie bez - naturalnego dla igrzysk, wydawałoby się - zainteresowania ze strony fanów. Kacper Tomasiak wybrał się na przechadzkę z rodzicami i wcale nie musiał opędzać się od łowców autografów i amatorów selfie z (wice)mistrzem olimpijskim. Trenera fińskich skoczków, Igora Medveda, wielkiego miłośnika Finlandii, nie spotkałyśmy: widocznie – po decyzji fińskiego komitetu – wyjechał z Predazzo ciut wcześniej...
Szaleństwa olimpijskiego zatem w Predazzo nie widać. Dość powiedzieć, że jedyny sklep z licencjonowanymi pamiątkami z igrzysk zlokalizowany jest na skoczni, i to wyłącznie w godzinach jej otwarcia! Zajrzałyśmy tam już wcześniej: asortyment dość ograniczony, i raczej dla osób z grubym portfelem (koszulki z krótkim rękawkiem od 48 euro, bluzy dużo droższe). Brakuje za to „drobiazgów” zazwyczaj zabieranych jako pamiątki najchętniej: smyczy, znaczków, kubków, pinów. Te ostatnie – podobno jak na każdych igrzyskach – cieszą się największym powodzeniem u samych sportowców: są cennym obiektem wymian między poszczególnymi nacjami. Niejeden z zawodników do smyczy z olimpijską akredytacją przypięte ma piny z kilkunastu różnych krajów. A różnorodność narodów jest tu wielka, bo przecież właśnie w biegach znaleźć można przedstawicieli krajów mocno egzotycznych na zimowych igrzyskach – zwłaszcza tych z Afryki. I tylko Bułgarzy chodzą smutni: nie mają się czym wymieniać. Przedstawiciele ich krajowej misji olimpijskiej wyjechali z Predazzo tuż po otwarciu, gdy okazało się, że ktoś zarezerwował dla ekipy zbyt mało pokoi w wiosce!
Aha, akredytacje – te zawodnicze i te nasze, wolontaryjne – montowane są do smyczy i do taśm wieszanych na szyi znacznie solidniej, niż medale...
