Słodko-gorzkie momenty
Rozmowa z Alanem Łyszczarczykiem, napastnikiem GKS-u Tychy
Alan Łyszczarczyk jest przekonany, że w play offie obrońcy tytułu zaprezentują się znacznie lepiej. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
Ostatnie mecze sezonu zasadniczego były dla waszego zespołu nieudane. Gdzie tkwią przyczyny?
- Trzeba się uderzyć w pierś i powiedzieć sobie szczerze - zawaliliśmy oba spotkania. Gdybyśmy wygrali, bylibyśmy w innym miejscu. Trzeba pamiętać, że mecz trwa 60 minut, a nie dwadzieścia czy czterdzieści. A tak było u nas na lodowisku z JKH oraz w Toruniu. Z Jastrzębiem dostaliśmy gola do szatni i on mocno gości podbudował. To charakterna drużyna, walczyła do końca i jej cierpliwość została nagrodzona. Doprowadziła do remisu, zaś w karnych była wyraźnie lepsza i trzeba z tym żyć. O występie w Toruniu chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Gdy się w 49 minucie prowadzi 5:1, to nie można w krótkim czasie stracić cztery gole. Tak renomowanej drużynie, jaką jest GKS, zwyczajnie nie wypada. Wygraliśmy po dogrywce, a powinniśmy w regulaminowym czasie.
Czy trzecie miejsce po sezonie zasadniczym jest adekwatne dla pańskiej drużyny?
- Potencjał mamy zupełnie inny, ale wyszło jak wyszło. Dużo w tym naszej winy. Już nie chcę się zastanawiać nad tym, z którego miejsca startujemy do play offu, bo po zakończeniu rywalizacji wszyscy będziemy pamiętali mistrza kraju, czyli tego, który wygrał tę rywalizację. Oczywiście, najlepiej byłoby wygrać sezon zasadniczy, bo wówczas w play offie posiada się atut własnej tafli. Najważniejsze jednak dopiero przed nami. Czołowa czwórka jest na tak wyrównanym poziomie, że każdy może wygrać z każdym. Różnice są naprawdę niewielkie.
Sezon zasadniczy był dla was taki sobie. Jakie są pańskie przewidywania na drugą część?
- Za nami ligowa część słodko-gorzka i nie mam zamiaru zaklinać rzeczywistości. Fakt pozostaje faktem, że mieliśmy kilka meczów poniżej określonego poziomu. Jednak z końcową oceną wstrzymajmy się do kwietnia, kiedy zakończy się rywalizacja. Gdy wygramy mistrzostwo, wszyscy będą pamiętali złoto. Może komuś się przypomni i o Superpucharze. Trudno mi ocenić szanse, bo czołowy kwartet myśli o tym samym - wygrać! Szansę rozkładają się mniej więcej równo, a w play offie trzeba pokazać charakter. Trzeba walczyć od początku do końca, bez chwili odpuszczania. Jeżeli będziemy grać na sto procent swoich możliwości, wówczas zajdziemy, o tym jestem przekonany, daleko. Jeśli chcemy obronić mistrzostwo, musimy wygrać z każdym rywalem. Potrzeba czterech zwycięstw i taki cel nam przyświeca.
Wy znów pojedziecie na lodowisko do Karwiny, a które tafle pan najchętniej odwiedza?
- To nie ma znaczenia, na jakim lodowisku będziemy grali, bo tak właśnie nam wypadło. Powiem może dość przewrotnie, że najchętniej pojechałbym do... Krakowa.
Rozmawiał Mateusz Pawlik
