Śliniak

REMANENT - Jerzy Chromik

Czy mówimy i piszemy jeszcze po polsku? Nie, bo mamy teraz język ojczysty, ale już taki dość... nieoczywisty. Rozumiem, że język musi się zmieniać i dlatego nie mam kłopotu z pisownią wszech czasów, choć w dawnym liceum to był jeden wyraz. Podoba mi się od początku wiele skrótowców młodego pokolenia, ot choćby „spoko” zamiast spokojnie, ale... nie godzę się na deformacje znaczeniowe i koślawe przeinaczania.

W ostatnim zdaniu był przyimek „na”, więc od niego zacznijmy. On „bierze” teraz we władanie wszystkie zdania! To zasługa powszechnie znanego angielskiego i niestety piłkarskich komentatorów! Bo to oni mówią nieustannie, że Iksiński jest „na wślizgu”, ale bywa też „na dużej szybkości”. Czytamy i słyszymy stale, że Igrekowski był na olimpiadzie i na mundialu. Bo teraz już nikt nie bierze udziału w igrzyskach i zawodach. A prawie każdy chwali się, że wczoraj był „na siłowni”. No, to miał szczęście, że nie spadł z jej dachu.

Temat tego felietonu podsunął mi naczelny, który jak co wtorek zadzwonił towarzysko:

- Wybacz, że nie odebrałem od razu, ale nie byłem, jak to teraz mówią, pod komputerem!

- Współczuję -odpowiedziałem, bo wiem dobrze, ile taki starszy model waży. Niełatwo się spod niego wydostać. A można też być lub nie „pod telefonem”, choć nawet pod najstarszym modelem niełatwo się zmieścić. Andrzej Grygierczyk zaczął rozmowę tak prowokacyjnie, bo też ma dosyć takiego polskiego.

Dawno, dawno temu, bo w XX wieku, nieodżałowany Walery Pisarek napisał dla dziennikarzy książkę „Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie”. I co? Nie ma już prawie prasy, ale też nie ma już tamtego ojczystego! Pisarek żył dawno, dawno temu, ale nie da się napisać, że „u zarania dziejów”. Nie znamy teraz pierwotnych znaczeń słów, więc komentator w średnim wieku opowiada nam co tydzień o wydarzeniach „u zarania” drugiej połowy meczu. Olaboga!

No, to teraz przyimek „pod”, bo „pod grą” są teraz konkretni piłkarze w każdym meczu, jeśli nie unikają odpowiedzialności za wynik. A ci nie „pod grą” to obiboki, leserzy i pozoranci. Ilekroć to słyszę, sprawdzam, czy przypadkiem nie jestem pod prądem. I na wszelki wypadek wyjmuję wtyczkę od telewizora.

Co jeszcze wyprowadza mnie z równowagi językowej? Kreacja, generowanie i zarządzanie! Wszyscy zarządzają meczami i wynikami, zamiast poza transmisją podpowiedzieć prezesowi, by lepiej zarządzał klubem, co by się niejednokrotnie bardzo przydało. A może ktoś jeszcze zauważył, że teraz już nic się nie zaczyna, tylko RUSZA! W moim dzieciństwie, owszem, ruszał Wyścig Pokoju. Teraz rusza już wszystko, nawet wystawa obrazów. Oczami wyobraźni widzę więc, jak maszerują sztalugi. I tupią rytmicznie.

Mamy zatem zalew bezkrytycznie wtłaczanych do języka polskiego anglicyzmów. Temu nie da się już położyć kresu. Ostatnio do pisarskiej pasji doprowadzają mnie adepci w zawodzie przekonujący, że ktoś „zwyciężył mecz”. A któryś z nich zapewniał mnie nawet, że skoczek zwyciężył cały cykl Raw Air. Położył mnie tym na obie łopatki! Kiedyś wystarczało zakomunikować, że ktoś z kimś wygrał lub odniósł zwycięstwo, ewentualnie poniósł porażkę, w konkretnym meczu. Dziś niektórzy dziennikarze utrzymują, że Legia „odniosła porażkę”. Pomieszanie z poplątaniem znaczeń.

Co robić? Śliniak pod brodę i wtedy mogą mówić, co im ślina na mózg przyniesie, czy kupić każdemu słownik frazeologiczny? Nie wiem, jestem bezradny, ale na razie muszę „skorzystać z dobrodziejstwa przerwy toaletowej”, jak powiedział nie tak dawno znany komentator tenisowy.