Skończmy z geograficznym kluczem!

Z DRUGIEJ STRONY - Mariusz Rajek

Nawet Jamajka się zakwalifikowała, a naszych dziadów nie ma! Czyli jesteśmy gorsi od Jamajki! – dość emocjonalnie wytłumaczył mi jeszcze jako dziecku sprawę tata, gdy tuż przed moim pierwszym świadomym, przeżywanym i oglądanym mundialem we Francji w 1998 roku zapytałem go ze sporym zdziwieniem i rozczarowaniem, dlaczego Polska nie gra... Dopiero po chwili wyjaśnił mi, że się nie zakwalifikowaliśmy, a ja - z racji, że były to moje totalne początki zainteresowania futbolem - nie wiedziałem ani na czym polegają te kwalifikacje, ani czemu gra tam jakaś Jamajka, a my nie. Wtedy na dziecięcą logikę miałem prawo myśleć, że faktycznie jesteśmy od niej gorsi.

Nie miałem wtedy bladego pojęcia, że Polska ostatni raz na mistrzostwach świata grała w roku… mojego urodzenia. Tak, dla całego pokolenia milenialsów urodzonych w latach 80. dzieciństwo i dojrzewanie było czasem dla polskiej piłki wyjątkowo mrocznym i upiornym, a awans reprezentacji Jerzego Engela na mundial w Korei i Japonii był jak przejście przez portal do innego wymiaru, absolutnego piłkarskiego spełnienia szczęścia.

Tamta rozterka sprzed blisko trzydziestu lat wróciła do mnie teraz, gdy – podobnie jak w 1998 - znów nie jedziemy na mundial. Tyle że teraz niepojechanie jest - z zachowaniem wszelkich proporcji - mniej więcej takim samym rozczarowaniem, jak wtedy euforią był awans. Perspektywa mocno się zmieniła; będąc od 2016 roku na każdej dużej imprezie, przyzwyczailiśmy się do dobrego. Nie żebym teraz zadawał sobie pytanie, czy jesteśmy gorsi od Curacao czy Jordanii. Teraz już to rozumiem – drużyny kwalifikują się według geograficznego klucza. I właśnie ten klucz, który już jako dziecku nie dawał mi spokoju, wrócił ze zdwojoną siłą.

DLACZEGO POSZCZEGÓLNE KONTYNENTY MAJĄ TYLE I TYLE REPREZENTACJI?! Dlaczego nawet w świecie futbolu musiała zapanować ta cholerna parytetowość?! Od razu w tym miejscu zaznaczam – absolutnie nie rozchodzi mi się o to, że na monstrualnym, 48-zespołowym mundialu szesnaście miejsc dla Europy to za mało. Fakt, że przeważnie drużyny z naszego kontynentu stanowiły blisko 50 procent uczestników, a teraz jedynie 33, może wydawać się w jakimś sensie krzywdzący, ale nie w tym widzę problem. Jeśli kraje Starego Kontynentu nie rządzą już i nie dzielą w światowym futbolu tak jak kiedyś, jeśli sportowo przyszło im ustąpić miejsca, to niech będzie ich nawet mniej. Słowo SPORTOWO jest tu jednak absolutnie kluczowe. W moim idealnym świecie o przepustce na mundial powinny decydować WYŁĄCZNIE kwalifikacje sportowe. Jeśli Europa rządzi, niech 30 reprezentacji jedzie na mundial od nas. Jeśli jesteśmy w odwrocie, niech ich będzie 10.

Chciałbym złożyć wniosek formalny do władz światowej piłki o rewolucyjne zmiany w kwestii awansu na mundial. Koniec z jakimkolwiek geograficznym kluczem! Niech sobie gra - zdecydowanie za duża, moim zdaniem - stawka 48 drużyn, ale wyłońmy je na podstawie formy sportowej. Koniec z tym, że każdy kontynent musi mieć swoich przedstawicieli. Może – jeśli przejdą kwalifikacje. Jak? Zachowujemy podział na koszyki i losujemy. 35 grup razy sześć drużyn równa się 210, czyli tyle ile w rankingu FIFA. Awans poza gospodarzami (zostawiam im dwa miejsca) uzyskują zwycięzcy, trzy najlepsze drużyny z drugich miejsc oraz ośmiu triumfatorów dwustopniowych baraży dla pozostałych drugich miejsc. Iluzja? Chciałoby się, żeby nie…

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się