Skąd weźmiemy tyle pań?

BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk

Środowisko ludzi sportu w Polsce – w tym także kibiców – poddane jest ostatnio rozmaitym emocjom, nie tylko tym związanymi z bramkami, punktami, sekundami, metrami, lecz również rozgrywkami wewnętrznymi, w pewnej mierze zahaczającymi o politykę.

Na plan pierwszy wybija się oczywiście rozróba wokół Polskiego Komitetu Olimpijskiego, będąca w dużej mierze echem kiepskich wyników na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, ale i zaglądania do kieszeni szefa PKOl, Radosława Piesiewicza, tudzież wydatków poniesionych w samej stolicy Francji – jak powiadają niektórzy – głównie z myślą o znajomych królika. Notabene, zarząd PKOl – w bardzo okrojonym składzie – podjął decyzję (?) o podjęciu starań, by status członka Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego przypadł wciąż jeszcze urzędującemu prezydentowi RP, Andrzejowi Dudzie, czym w jednych kręgach wywołał zdumienie, a w drugich uśmieszki powątpiewania połączone z politowaniem. Bo, po pierwsze, pozyskiwanie członków MKOl nie odbywa się w trybie czyjegoś – jak by powiedział Melchior Wańkowicz (ktoś go jeszcze pamięta?) – chciejstwa, a po drugie mamy tam mocno (jak się wydaje) usytuowaną członkinię, wybitną w przeszłości kolarkę Maję Włoszczowską. Notabene po dłuższym milczeniu – licząc od ogłoszenia, że Duda ma zyskać status członka MKOl – zabrała ona wreszcie głos, ale nie tyle w sprawie swojego członkostwa w MKOl, ile w sprawie sposobu nominowania członków. Swoim wpisem na swój sposób ośmieszyła decyzję zarządu PKOl – przypomnę: nader okrojonego – który jakby nie miał zielonego pojęcia, jak te władcze olimpijskie struktury działają i jakimi zasadami w wyborach swoich członków się kierują.

Na upartego można byłoby przy tej okazji pokusić się również o złośliwość związaną z... parytetami płci. Oto od początku stycznia w Polsce wchodzi w życie ustawa obligująca polskie związki sportowe do wprowadzania do swoich władz (zarządów) tylu kobiet, by stanowiły one co najmniej 30 procent stanu osobowego tychże gremiów. Zapewne posłankom i posłom fajnie i łatwo za takim rozwiązaniem się głosowało, bo ono takie na czasie, takie humanitarne i równościowe, więc uzasadnione. Tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie, że na dziesięć medali zdobytych przez polskich olimpijczyków w Paryżu aż osiem było dziełem pań. No więc słuszną rację ma nasza władza ustawodawcza, że w uznaniu tych i innych zasług, tudzież mądrości pań, postanowiła na oścież otworzyć im drzwi do zarządzania związkami sportowymi.

Ale – jak powiadają – zaraz zaczną się problemy będące pochodną wieloletnich zaszłości, głównie zresztą kulturowych; kobietom wiele lat zajmowało (wciąż zajmuje) wyrównywanie życiowych szans, dążenie do równouprawnienia, w tym walka o prawa wyborcze. Może i w sferze mentalnej zmieniło się wiele, lecz już w tej praktycznie ciągle tkwimy w zaszłościach. A już związki sportowe – pomijając bardzo nieliczne przypadki – są przez mężczyzn zdominowane totalnie. No i teraz, od początku stycznia 2025, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, ma się to zmienić. Skąd my weźmiemy tyle pań, by uczynić zadość ustawowym wymogom? Skąd przede wszystkim weźmiemy panie chętne do tego, by w jakimś sensie rywalizować z panami, którzy od lat okupują jakieś tam mniej czy bardziej ważne stołki, a jeszcze przemawia za nimi mniejsze czy większe tzw. działaczowskie doświadczenie?

Dlatego przynajmniej w niektórych związkach bardzo się tym martwią; martwią się tym bardziej że przymus dokooptowania pań do zarządów wiąże się albo z otrzymaniem, albo z prawdopodobieństwem utraty dotacji na cele statutowe. Czy więc szykują się nam akcje obchodzenia ustawy? Wciągania do zarządowych gremiów ciotek, kuzynek, kochanek – byle tylko procenty się zgadzały?

W tym właśnie parytetowym kontekście wracam do pana Dudy. Może i on, o ile zostanie członkiem MKOl, pozbawiając jednocześnie tego statusu panią Włoszczowską, nie naruszy specjalnie parytetu w tych strukturach i przedstawicielek płci pięknej nadal będzie tyle, żeby było słusznie i sprawiedliwie; bo się weźmie panią z innego kraju. Ba! Może i pan Duda nie naruszy nawet dobrego obyczaju. Ale... Tu ustawa (w Polsce), tam (MKOl) praktyka. Niby przypadek jednostkowy, lecz jednak pachnie dysonansem. Swoją drogą, panu Dudzie nie brakuje talentu do pakowania się – świadomie bądź nie – w sytuacje, którymi w przyszłości trudno się będzie chwalić. Ale może to działanie złych ludzi, o czym wspomniał premier Donald Tusk.