Sensacyjne powroty
Z DRUGIEJ STRONY, komentarz Michała Zichlarza
Odliczamy godziny do ligowego startu. Początek już w piątek o godzinie 18.00, gdy Zagłębie Lubin podejmie u siebie GKS Katowice i może się zacząć jak u Alfreda Hitchcocka. U tego wybitnego angielsko-amerykańskiego reżysera film zaczynał się od przysłowiowego trzęsienia ziemi, a potem napięcie stopniowo rosło. Jeśli Miedziowi uporają się u siebie z GieKSą, a w bieżących rozgrywkach są na swoim stadionie mocni, bo póki co jako jedyni jeszcze w domu nie przegrali – pięć zwycięstw, cztery remisy - to zostaną… nowym liderem ekstraklasy! I pomyśleć, że jeszcze niedawno lubińska ekipa była na innym biegunie, ostro walcząc wiosną zeszłego roku o pozostanie w ekstraklasie. To się udało, a teraz na dzień dobry może przewodzić stawce.
Przypomnijmy też wiosnę rozgrywek 2022/23, podczas której Jagiellonia ze Śląskiem też praktycznie do ostatniej kolejki broniły się przed spadkiem, żeby rok później być - odpowiednio - na 1. i 2. miejscu ekstraklasy. Ot, cały urok naszej ligi, w której wszystko jest możliwe, a tabela spłaszczona jest jak nigdzie indziej, między pierwszym a ostatnim zespołem po 18 kolejkach jest ledwie jedenaście punktów różnicy.
Nawiązując jeszcze do pierwszego ligowego meczu Zagłębia z GKS, warto dodać, że będzie to starcie dwóch zespołów, które grają głównie polskimi zawodnikami. Procent rodzimych graczy w jedenastce z Katowic to 74 proc. W Lubinie jest nieznacznie mniejszy, ale dalej wysoki, bo 71 proc. Jeszcze tylko trzy inne drużyny w ekstraklasie, na 18, mają większą liczbę Polaków niż graczy zagranicznych. To ekipy z Niecieczy (62 proc.), Lublina (52 proc.) i Warszawy (50,8 proc.). Wystarczy tylko spojrzeć, kto siedzi na ławkach tych drużyn i mamy odpowiedź, czemu tak jest.
Warto o tym wspomnieć przy tekście tego numeru o powrotach do ekstraklasy. Wraca cała grupa zawodników, którzy przecież dalej mogą grać w reprezentacji Polski. Ekstraklasa rośnie w siłę i sportowo, i jeśli chodzi o wyniki, co widać po rankingu UEFA, w którym się mocno pniemy, a liczba zdobytych przez polskie zespoły punktów w tym sezonie może imponować (mamy ich póki co 13,625, więcej niż ma na teraz LaLiga, Serie A czy Bundesliga, o Ligue 1 nie wspominając - choć drużyny z europejskiego topu mierzą się na ogół ze sobą, a więc z silniejszymi rywalami niż polskie).
Mający kłopoty Górnik właśnie co ogłosił, że jego piłkarzem znowu będzie Paweł Bochniewicz. W Rakowie jest Paweł Dawidowicz, w Widzewie Bartłomiej Drągowski. Oczywiście jest też wielka plejada zagranicznych graczy, z reprezentantem Ghany Omarem Bukarim na czele. Czy to zapewni łodzianom marsz w górę tabeli? Trudno wyrokować.
Już przecież latem czterokrotny mistrz Polski wydał na transfery 7 milionów euro, ale efektu nie było. Teraz ta kwota to już ponad 18 mln euro, czyli w przeliczeniu na złotówki 77 milionów, a więc wyższa niż niejeden ekstraklasowy budżet, a to przecież jedna rzecz. Druga to pensje piłkarzy, które zaczynają rosnąć i jeśli kluby nie będą miały za chwilę naprawdę solidnych finansowych podstaw, to z karawany zwanej ekstraklasa będą się musiały wypisać. Jasne, kasa to nie wszystko i nie tak łatwo i szybko jest sklecić zespół z plejady sprowadzonych graczy, ale na dłuższą metę nie da się rywalizować, nie mając worka pieniędzy oraz solidnego budżetu.
