Sen o mistrzostwie
Kiedy Legia kolejny raz sięgnie po złoty medal? Jeśli nic się w niej nie zmieni, to... nieprędko.
Wojskowi czekają na tytuł mistrzowski od 2021 roku i... raczej sobie jeszcze poczekają. Dlaczego? Fot. Tomasz Jastrzębowski/PressFocus
LEGIA WARSZAWA
Jasne, sezon trwa i wiele może się jeszcze wydarzyć, ale w tej chwili nikt nie stawia Wojskowych w gronie kandydatów do mistrzostwa. Niemal na półmetku sezonu Legia jest na 10. miejscu i traci 12 punktów do liderującego Górnika Zabrze, mając do rozegrania zaległe spotkanie w Gliwicach z Piastem. Ale warszawiacy nie są w lidze sami.
Ostatni był Michniewicz
W latach 2013-21 tylko dwa razy stołeczni nie zostali mistrzami Polski – w 2015 i 2019 roku, kończąc na 2. miejscu. W sezonie 2016/17 udało im się awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów, czego prócz nich w XXI wieku nie dokonał jeszcze nikt. Wydawało się, że dominacja Wojskowych będzie trwać i trwać, że oglądamy polski Bayern Monachium, który za pieniądze z Champions League tylko umocni się na czele. No ale nie umocnił. Po ostatnim tytule, zdobytym pod wodzą trenera Czesława Michniewicza w 2021 roku, legioniści zakończyli następną kampanię na najgorszym od wielu, wielu lat 10. miejscu. Miał to być tylko (poważny) wypadek przy pracy i rekordowi mistrzowie Polski szybko mieli wrócić na tron – no ale zajmowali 2., 3. i ostatnio 5. miejsce. Koronę zakładali Lech, debiutanci Raków i Jagiellonia, a także znowu Lech. Legia? Już nikt się jej nie boi. Jak zostało wspomniane – warszawiacy nie są w lidze sami i to jeden z powodów kryzysu, w jakim się znaleźli.
Legia jest „naj”
Bo Legia jest w kryzysie – i tu nie chodzi tylko o ostatnie zwolnienie Edwarda Iordanescu. Cztery lata bez tytułu to przy takim budżecie, jakim dysponują Wojskowi, katastrofa. Legia ma w ekstraklasie najwięcej kasy, Legia płaci najwięcej piłkarzom, Legia bije rekordy transferowe, Legia jest najkorzystniej ulokowanym klubem w Polsce – w stolicy, w największym mieście, gdzie w praktyce nie ma konkurencji (wybacz, Polonio, takie są fakty). Legia ma w składzie głośne nazwiska i potrafi przekonać do pracy u siebie właściwie każdego w kraju. Dlaczego więc jest tam tak źle?
Konkurencja urosła w siłę. Lech, Raków, Jagiellonia czy w drugim szeregu Pogoń Szczecin – to nie są słabe kluby. Pojawiły się i tam pieniądze i znakomita myśli zarówno szkoleniowa, jak i skautingowa oraz operacyjna. Tam wiedzą, jak budować silny zespół, wskutek czego udało się dogonić Legię, która miała przecież uciekać w zawrotnym tempie. A w perspektywie przecież są jeszcze rosnące Widzew, Cracovia, Górnik... Legia nie uciekła, a stanęła w miejscu, by nie powiedzieć, że zaczęła się cofać.
To wszystko oczywiście sprowadza się do zarządzania klubem. Może być tak, że jeden trener – np. Iordanescu – nie wypali. Ale tam nie wypala coś non stop. Trudno ocenić, jaki jest klucz doboru szkoleniowców przy Łazienkowskiej, bo wszyscy w ostatnich latach byli z innej bajki. Zaczynając od 2018 roku: furiat z przerośniętym ego Ricardo Sa Pinto, „nasz chłopak” Aleksandar Vuković, defensywny taktycznie Czesław Michniewicz, nieopierzony Marek Gołębiewski, znowu Vuković, tym razem jako „strażak”, solidny Kosta Runjaić zabrany z Pogoni, kolejny furiat z przerośniętym ego Goncalo Feio (ale zdolny, trzeba mu oddać), zagraniczne i głośne nazwisko, Iordanescu.
Zjeżdża na nartach
Transfery Legia również przeprowadza na łapu-capu. Niby na papierze dobre, ale potem okazuje się, że nie trzymają się kupy. W pewnym momencie klub zapędził się w kozi róg, kontraktując tabun graczy bez perspektywy sprzedażowej – tj. dość wiekowych, na których trudno zarobić. W międzyczasie nie dość, że Legia płaciła za transfery, to jeszcze płaciła coraz to większe pensje i bonusy. W efekcie budżet uginał się pod ciężarem zobowiązań coraz bardziej, aż w końcu... pojawiły się lekkie obsuwy w płatnościach i jakże niewskazane uzależnienie od gry w europejskich pucharach. Jeśli Wojskowi za rok nie awansują do pucharów (a jest to możliwe), czekają ich jeszcze poważniejsze problemy finansowe! Klub gasi pożar ogniem, niepowodzenia przykrywa pieniędzmi, z tym że... niekoniecznie może sobie na to pozwolić.
A nad tym wszystkim pieczę trzyma Dariusz Mioduski, który zdaje się dobudowywać kolejne piętra wieżowca w stylu dubajskim, tyle że... zapomniał o fundamencie. Od marca 2017 roku jest samodzielnym właścicielem klubu. Przejął go, gdy ten był w szczycie – tj. świeżo po fazie grupowej Ligi Mistrzów. Potem założył narty i zaczął z tego szczytu zjeżdżać. I tak jedzie, jedzie i jedzie...
Piotr Tubacki
