Ściana pocieszania niefortunnych egzekutorów

W sobotni wieczór Puskas Arena – dotąd w kolorach samego finału (fiolet, pomarańcz, zieleń) – rozbłysnęła na niebiesko-czerwono-biało. Nie dla Wielkiej Brytanii wszakże, bo przecież i na jej fladze te trzy barwy znajdziemy, ale dla Francji.

Marquinhos pocieszający Gabriela, czyli przyjaźń ważniejsza od wyniku. Fot. PAP/EPA

 Kazimierz Mochlinski z Budapesztu

Zresztą to przecież nie tylko kolory... Trójkolorowych; znajdziemy je także w herbie i w strojach Paris Saint-Germain.

Paryżanie stanęli w jednym szeregu z Realem Madryt. „Królewscy” byli do tej pory w epoce „nowej Ligi Mistrzów” (czyli od chwili wprowadzenia tej nazwy i grupowego systemu rozgrywek w pierwszej połowie lat 90.) jedyną ekipą, która zdołała triumfować dwa razy z rzędu. Oni zrobili to zresztą aż w trzech kolejnych latach (2016-2018), więc zrozumiałą rzeczą jest, że Paryżanie – wychodzący po meczu z szatni w koszulkach „Back2Back”, czyli właśnie „dwa razy z rzędu” - już szykują kolejny ich wzór: „Back to Back to Back”. Jeszcze dobrze nie nacieszyli się sobotnim zwycięstwem, a już myślą o kolejnym!

W pogoni za Ancelottim

Ów drugi triumf, wywalczony w stolicy Węgier dzięki serii „jedenastek”, nie przyszedł im tak łatwo, jak ten z roku 2025. Natomiast wstydzić się swego boiskowego „cierpienia” absolutnie nie muszą: dziesięć lat temu Real, zaczynając ów serial trzech wygranych, też musiał uciekać się do rzutów karnych. To one zdecydowały o jego zwycięstwie z lokalnym rywalem, Atletico.

Trenerem „Królowskich” był w czasie owych triumfów sam Zinedine Zidane. Teraz Luis Enrique dogonił go w licznie zwycięstw w Champions League, bo przecież do dwóch sukcesów z Paryżanami dołożyć trzeba ten z 2015, na trenerskiej ławce Barcelony. Hiszpan dołączył tym samym do zacnego grona, w którym są jeszcze Bob Paisley i Pep Guardiola. No i ma przed sobą duże wyzwanie: żeby dogonić Carlo Ancelottiego, potrzebuje jeszcze dwóch wygranych edycji Ligi Mistrzów.

Sekret ponownego sukcesu drużyny Luisa Enrique kryje się – jak dekadę temu w „zidane'owym” Realu – w stabilizacji składu. Przecież wyjściowa jedenastka PSG w Budapeszcie była niemal identyczna, jak ta przed rokiem, która rozbiła Inter. Jedyna zmiana dotyczyła bramki: Gianluigiego Donnarummę (dziś Manchester City) zastąpił Matwiej Safonow. - Cóż, nie jest łatwo znaleźć zawodników pasujących do naszej drużyny – wzdychał nieraz Enrique. Ale ten obecny zestaw jego podopiecznych jest niezwykły. Bardzo niewiele jest przecież w Europie drużyn, zdolnych przebić mur stawiany przez „Kanonierów”. Zwłaszcza kiedy obejmują prowadzenie, i to na samym początku – jak na Puskas Arenie.

Cztery pokerowe zagrywki Artety

Kiedy Kai Havertz trafił do siatki PSG – a zdobył już pięć lat temu jedynego gola w finale LM, tyle że wówczas dla Chelsea, na wagę wygranej z Liverpoolem – wydawało się, że owo 1:0 (ulubiony wynik Londyńczyków) może zostać dowiezione do końca. Swoją drogą postawienie na Niemca – zamiast na Viktor Gyoekeresa - było jedną z czterech niespodzianek, zafundowanych przez Mikela Atertę. Kolejne to Myles Lewis-Skelly na środku pomocy (grywał tu jako junior, ale nigdy – jako zawodowy piłkarz; Ekwadorczyk Piero Hincapie (notabene grający przeciwko rodakowi i byłemu koledze z Independiente del Valle, Willianowi Pacho) oraz 21-letni Cristhian Mosquera, grający pierwszy sezon w Arsenal. I to jego błąd - faul na Chwiczy Kwaracchelii - dał PSG możliwość wyrównania. Rok temu, w pamiętnym finale z Interem, Ousmane Dembele karnego nie wykorzystał. Tym razem, pod znacznie większą presją, zrobił to bezbłędnie.

Statystyka cokolwiek historyczna

Tamten triumf Francuzów – efektowny, z pięcioma golami – był wskazywany jako modelowy styl ich gry. Tegoroczny był... jego zaprzeczeniem: co prawda ich przewaga w posiadaniu piłki była ogromna (74,5 do 24,5 – największa, od kiedy zaczęto prowadzić tego typu statystyki; i najgorsza w historii Arsenalu za czasów Artety!), ale akcje i sytuacje podbramkowe liczyć można było na palcach jednej ręki! To był dobitny przykład pragmatyzmu Luisa Enrique i jego drużyny; bardzo podobny do rewanżowego półfinałowego 1:1 w Monachium. Nosa mieli ci, którzy twarzami przedfinałowej kampanii uczynili Gabriela Magalhaesa z Arsenalu i Ousmane'a Dembele z PSG. W starciu w Budapeszcie, reklamowanym jako zderzenie najlepszego ataku w Europie z najsolidniejszą defensywą, tak naprawdę triumfowała ta druga. Przez 120 minut bramka strzeżona przez David Rayę w zasadzie nie była zagrożona. Z kolei jedyny celny strzał „Kanonierów” zakończył się golem dla nich.

Ale to PSG ostatecznie świętowało zdobycie pucharu! To Dembele strzelił gola, a wspomniany Gabriel - „archanioł defensywy”, jak nazwaliśmy go w jednej z przedfinałowych korespondencji – nie wykorzystał decydującej „jedenastki” w serii rzutów karnych. Choć podobno – jak wskazywał Arteta – podczas treningów wszyscy jego podopieczni egzekwowali je ze stuprocentową skutecznością. A jednak – jak się okazuje – meczowe napięcie zmienia całkowicie sytuację!

Między nami, Brazylijczykami

W bramkę Paryżan nie trafił też Eberechi Eze, długo siedzący potem na murawie z twarzą ukrytą w dłoniach. Ale... ma szczęście. Jeżeli jest na świecie klub, którego kibice wiedzą, jak pocieszać takich niefortunnych egzekutorów, to jest to na pewno Arsenal. Jedno z ogrodzeń stadionu Emirates oddano przecież listom z wyrazami poparcia, jakie kibice kierowali do Bukayo Saki, gdy ten w finale EURO 2021 nie wykorzystał karnego i Anglia przegrała z Włochami!

W Budapeszcie z kolei pierwszym, który podbiegł do Gabriela Magalhaesa, by go pocieszyć, nie był żaden z piłkarzy Arsenalu. Uczynił to jego rodak i kolega z brazylijskiej kadry, Marquinhos. Kapitan PSG nie myślał w tamtym momencie o uczczeniu zwycięstwa, ale właśnie o konieczności wsparcia zdołowanego rywala-kumpla... Swoją drogą Gabriel był jednym z „wolontariuszy”, którzy zgłosili się do serii „jedenastek”. Nie było już przecież w szeregach Londyńczyków tych, którzy w tej sztuce są najbardziej biegli: Martina Odegaarda, Bukayo Saki i Kaia Havertza, a także Leandro Trossarda.

Niepokonani, ale i nienagrodzeni

Niesamowite w ostatecznym rozstrzygnięciu – Mikel Arteta to przypominał parokrotnie – jest to, że Arsenal pucharu nie zdobył choć był niepokonaną drużyną (w regulaminowym czasie i dogrywce przecież zremisował z PSG). Co więcej: w sześciu ostatnich meczach Ligi Mistrzów stracił tylko dwa gole – oba z rzutów karnych. I mimo tych genialnych osiągnięć, został z niczym...

Paryżanie z kolei – zdobywając gola z „wapna” - wyrównali snajperskie osiągnięcie Barcelony z sezonu 1999/2000, która wtedy też w championsleague'owej rywalizacji zdobyła aż 45 goli. Z kolei fakt, że ostatecznie wznieśli okazałe trofeum, choć nie oni zdobyli pierwszego gola w meczu, też jest godzien odnotowania: po raz ostatni zdarzyło się to 12 lat temu, gdy Real też musiał odrabiać straty do Atletico. Potem w każdym kolejnym finale lepszy był ten zespół, który otwierał wynik.


61035 WIDZÓW oglądało starcie na Puskas Arenie. To najmniejsza frekwencja (nie licząc dwóch finałów „covidowych”) od potyczki z 2014 roku w Lizbonie.


CZY WIESZ, ŻE...

Wcześniejsze dwa triumfy w Lidze Mistrzów trener Luis Enrique zaliczył w miastach niemieckich (w Berlinie z Barceloną i w Monachium z PSG). W sobotę okazało się, że bogini Fortuna sprzyja mu także poza Niemcami!

Drugim niefortunnym egzekutorem, Eberechim Eze, zajął się sam Mikel ArtetaFot. PAP/EPA

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się