Sabalenka chce rzucić tenis...
Dziesięć kolejnych przegranych gemów zdecydowało, że liderka światowego rankingu odpadła w niemal wygranym ćwierćfinale z Dianą Sznajder.
Wpadłam w bardzo, bardzo głęboką ciemną dziurę i nie potrafiłam się wygrzebać - tłumaczyła Aryna Sabalenka... Fot. PAP / EPA
Tegoroczny French Open przyprawia o zawrót głowy. Po tym, jak lider rankingu Jannik Sinner odpadł już w 2. rundzie z Argentyńczykiem Juanem Manuelem Cerundolo, gdy prowadził 2-0 w setach i 5:1 w trzecim, tajemnicza paryska niemoc tuż przed linią mety ogarnęła w środowe popołudnie kolejny numer 1. Aryna Sabalenka prowadziła w środę z Dianą Sznajder 6:3 i 5:3 w drugiej partii. Była na dobrej drodze do półfinału z Mają Chwalińską i wtedy „coś” się stało...
Wielka faworytka do swojego pierwszego tytułu w Paryżu - po wcześniejszym odpadnięciu czterokrotnej triumfatorki Igi Świątek (2020, 2022-24), broniącej tytułu Amerykanki Coco Gauff czy drugiej w rankingu Jeleny Rybakiny z Kazachstanu - przegrała 10 kolejnych gemów z Rosjanką, a kibice i obserwatorzy nie mogli uwierzyć w to, co widzą.
- Mam ochotę rzucić tenis - to jedne z pierwszych słów Białorusinki na konferencji prasowej po porażce ze Sznajder. - Żadnych myśli, emocji. W tej chwili mam ochotę rzucić tenis, ale zobaczymy. Zobaczymy za kilka dni. Mam nadzieję, że mentalnie wrócę na właściwe tory - opisała swoje samopoczucie Sabalenka.
Pierwszy set nie zapowiadał tak złego przebiegu spotkania dla ubiegłorocznej finalistki na kortach im. Rolanda Garrosa. 28-letnia Sabalenka kontrolowała mecz, szybko objęła prowadzenie 5:1 i serwowała na zwycięstwo. Finalnie triumfowała 6:3.
Druga partia rozpoczęła się podobnie, jednak tym razem sześć lat młodsza Sznajder szybciej była w stanie nawiązać walkę. Zdołała odrobić stratę przełamania, po czym nie wykorzystała czterech break pointów przy stanie 3:4. Białorusinka mogła przypieczętować zwycięstwo przy swoim podaniu, ale Rosjanka podniosła poziom, ponownie przełamując rywalkę. Powtórzyła to później po raz trzeci i wygrała 7:5, doprowadzając do trzeciego seta.
Decydującą odsłonę lepiej rozpoczęła niżej notowana tenisistka, która szybko przełamała rywalkę i objęła prowadzenie 3:0. Z każdą kolejną akcją Sabalenka denerwowała się coraz bardziej, popełniała coraz więcej błędów, czego efektem była kolejna utrata serwisu. Było już 0:5 i wyraźnie załamana Białorusinka nie była w stanie już się podnieść. Chociaż Rosjanka potrzebowała aż trzech piłek meczowych, to zamknęła spotkanie 6:0.
- Czuję, że miałam bardzo dobre okazje w drugim secie. Schrzaniłam to, a potem ona wkroczyła do akcji i zagrała świetnie. Czuję, że psychicznie nie byłam w stanie się podnieść po drugim secie. Nie wiem, kiedy ostatni raz przegrałam 10 gemów z rzędu. Myślę, że psychicznie wpadłam w bardzo, bardzo głęboką, ciemną dziurę i po prostu nie potrafiłam się wygrzebać - przyznała Sabalenka.
Zakończyła się tym samym imponująca seria wielkoszlemowych półfinałów w jej wykonaniu. Od wygranego przez nią US Open w 2024 roku w sumie w sześciu kolejnych imprezach tej rangi meldowała się w czołowej czwórce. W Paryżu i na Wimbledonie nie zdołała jeszcze triumfować.
- Może za bardzo skupiam się na tym, że nigdy nie wygrałam szlema na każdej nawierzchni. Może to sprawia, że za dużo analizuję i w pewnych momentach za bardzo ponoszą mnie emocje. Nie wiem. Muszę jakby zrobić krok w tył i spróbować znaleźć rozwiązanie, bo jestem już po prostu zmęczona tym, że przegrywam niektóre mecze w kiepskim stylu tylko dlatego, że byłam zbyt emocjonalna - podsumowała Sabalenka.
Uśmiech na jej twarzy pojawił się jednak na koniec konferencji. - Podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni. W pewnym momencie rozgryzę to i wrócę silniejsza. Właśnie wymyśliłam, jak mogę to przezwyciężyć. Znacie te pokoje, do których się wchodzi i wszystko w nich się... rozbija? Pewnie spędzę tam cały dzień, niszcząc przedmioty. Może to pomoże, a może nie – zakończyła.
(ToM, PAP)
