Rozmaite uroki świąt

Kilka historii i wspomnień ludzi futbolu związanych ze świętami Bożego Narodzenia, które odbiegały od standardów.

Trener Bogusław Baniak kilka razy spędził Święta Bożego Narodzenia w... krótkich spodenkach.

Bogusław Baniak, znany z pracy w wielu polskich klubach, miał podczas swojej przygody trenerskiej również wypady do tak egzotycznych dla nas krajów, jak Burkina Faso czy Uzbekistan. Udało mi się namówić popularnego „Bebeto”, by zdradził, jak spędzał święta w tych państwach.

Polskie potrawy w Afryce

Trener Baniak w Burkina Faso był zatrudniony od 1 lipca 2015 roku do 31 marca 2017 roku w charakterze dyrektora sportowego. Natomiast w Uzbekistanie najpierw był dyrektorem sportowym w FK Turon Yaypan (od 3 kwietnia 2021 roku do 30 czerwca 2022 roku), a w międzyczasie przez 9 dni pełnił funkcję tymczasowego trenera.

- W Uzbekistanie ponad 96 procent ludności stanowią muzułmanie, a katolików - żartując - trzeba szukać ze świecą - rozpoczął swoją opowieść „Bebeto”. - Chrześcijan jest niby 1 procent, ale większość z nich to wyznawcy prawosławia. Muzułmańskie święta są „ruchome”, nie mają stałego miejsca w kalendarzu. Wynika to z faktu, że tzw. rok muzułmański, czyli księżycowy, jest o 10 lub 11 dni krótszy od słonecznego. Uczestniczyłem w takiej kolacji świątecznej u jednej rodziny, ponieważ klub, w którym byłem zatrudniony, nie organizował żadnego przyjęcia.

Kolacja zaczęła się o 20.00 i zakończyła o północy. Żadna z serwowanych potraw nie przypominała polskich przysmaków świątecznych, więc nie wspominam jej z sentymentem. Co innego Boże Narodzenie w Burkina Faso. W stolicy tego kraju Wagadugu (Ouagadougou) uczestniczyłem w wieczerzy wigilijnej organizowanej przez polskich jezuitów. Posługiwało tam czterech misjonarzy z tego zgromadzenia. Oprócz mnie uczestniczył w niej inżynier z Warszawy, który był dyrektorem technicznym w tamtejszych browarach, które produkowały piwo o nazwie „Brakinia”. Oczywiście obowiązkowe było danie z ryby, lecz nie był to karp, tylko jakiś lokalny gatunek. Była jednak bardzo smaczna. Przy stole usługiwały nam kobiety, nieco starsze, każda z nich ważyła ponad 100 kilogramów, lecz poruszały się bardzo żwawo. Były obeznane z polską kuchnią - kilka potraw było typowo polskich - oczywiście nie brakowało też lokalnych specjałów. Polscy misjonarze byli mężczyznami po trzydziestce, jeden z nich, ojciec Piotr, pochodził z Ostródy. O nazwiska nigdy nie pytałem, bo nie wypadało. Drugi z tych księży pochodził z Elbląga. Posługiwali się językiem francuskim, urzędowym w Burkina Faso. Nim jednak zostali wysłani na Czarny Ląd, musieli skończyć szkołę misjonarzy w Belgii. Ci misjonarze regularnie wysyłali pisma do swoich zwierzchników, prosząc o urlop na święta, bo chcieli spędzić kilka tych dni w otoczeniu rodziny. Za każdym razem jednak spotykali się z odmową, bo ich zadaniem było krzewienie chrześcijaństwa i jego zwyczajów. W pierwszy dzień świąt uczestniczyłem w mszy świętej odprawianej przez naszych kapłanów, ubranych w odświętne, bardzo piękne szaty liturgiczne. To były naprawdę bardzo radosne święta, a na dodatek było... ciepło. U nas w kościołach wierni często marzną ze względu na niską temperaturę, a tam jest słonecznie.

Piła i sekator

Grający obecnie w Arce Gdynia Dawid Gojny miał niecodzienną przygodę przed świętami. - Gdy byłem zawodnikiem Zagłębia Sosnowiec, pojechałem z bramkarzem GKS-u Jastrzębie Grzegorzem Drazikiem kupić choinkę - wspomina „Gojo”. - „Draziu” znał faceta, który sadził choinki, trzeba było tylko za nie zapłacić i... samemu wykopać z ziemi. Wybrałem jedną z najmniejszych na tej plantacji, ale była nieprawdopodobnie ciężka.

Jeździłem wtedy Volkswagenem Passatem w wersji kombi, ale i tak połowa choinki wystawała poza bagażnik. Blok obok mnie mieszkał „Słodek” (Mateusz Słodowy - przyp. red.), którego poprosiłem o pomoc we wniesieniu jej na 2. piętro, bo nie chciała zmieścić się do windy. Jakoś wtaszczyliśmy drzewko na górę, ale pojawił się kolejny problem. O ile choinka mieściła się w korytarzu, o tyle wniesienie jej do mieszkania było niewykonalne. „Słodek” przyniósł zatem z domu sekator, ale najpierw musieliśmy piłą skrócić drzewko. Z tej jednej powstały dwie choinki. Moja żona Agata była wściekła, bo akurat przymierzała suknię na przyjęcie wigilijne, które organizowało Zagłębie. Zamiast tego, musiała przycinać gałęzie. Kiedy skończyliśmy te nadprogramowe czynności, szybko przebraliśmy się i ruszyliśmy do Sosnowca. Podróż zajęła nam 45 minut i zdążyliśmy. A choinka? Wytrzymała do 7 stycznia i nie straciła ani jednej igły! Przez te trzy tygodnie czuliśmy się jak w lesie choinkowym, bo zapach drzewka był bardzo silny. Dodam, że „Draziu” kupił choinkę trochę większą od naszej i - chociaż mieszka w prywatnym domu - też musiał ją przycinać.

Wahacz solą w oku

Trener Piotr Mandrysz to zapalony narciarz, jego zamiłowanie i pasję do narciarstwa podziela żona Ilona, dlatego w okresie przedświątecznym często wyjeżdżają poszusować za granicę, najczęściej do Włoch i Szwajcarii. Kiedyś towarzyszyli im synowie Robert i Paweł, ale odkąd założyli rodziny, nie uczestniczą już w eskapadach rodziców. - Przed laty w okresie przedświątecznym wybrałem się z rodziną na narty za granicę - wspomina jedną z historii Piotr Mandrysz. - Spadło wówczas tyle śniegu, że musiałem założyć łańcuchy na tylne koła mojego Mercedesa, bo miałem w nim tylny napęd. Poprosiłem mojego starszego syna Roberta, by sprawdził, czy wszystko jest w porządku. Powinienem był zrobić to sam, bo Robert nie był wtedy doświadczonym kierowcą. W dniu, a był to piątek, w którym mieliśmy wracać do domu, okazało się, że łańcuch spadł z koła i przeciął wahacz. Tego dnia warsztat samochodowy był już zamknięty, a w każdym cywilizowanym kraju takie zakłady w soboty i niedziele są zamknięte. Musieliśmy zatem poczekać aż do poniedziałku. Szczęście w nieszczęściu, że właściciel hotelu nas znał i nie robił problemów z wynajęciem apartamentu na trzy kolejne dni. W poniedziałek mechanik wymienił zniszczony wahacz, co kosztowało mnie grubo ponad 1000 euro, ale szczęśliwie wróciliśmy do kraju. Teraz już takie niebezpieczeństwo nie istnieje, ponieważ jeżdżę samochodem z napędem na cztery koła i nie muszę zakładać łańcuchów.

Marsz z choinką

Piotr Hauder, który w 1998 roku zdobył mistrzostwo Polski juniorów z Odrą Wodzisław Śląski, pokonując w decydujących meczach Lecha Poznań, opowiedział świąteczną historię, jaka zdarzyła mu się przed kilkoma laty. - Jakieś 1,5 kilometra od domu, w którym mieszkam, jest plantacja choinek - rozpoczął swoje opowiadanie trener, który obecnie prowadzi Górnika Radlin. - W wyprawie po świąteczne drzewko towarzyszyły mi żona i obie córki. Mieliśmy trochę czasu, by wybrać sobie choinkę, więc trochę to trwało nim wybraliśmy zadowalającą nas. Miała prawie 3 metry wysokości, a nie było żadnego środka transportu. Zarzuciłem więc choinkę na ramię i niosłem ją aż do domu. Obok mnie maszerowała starsza córka, a za nami podążały moja małżonka i młodsza córka. „Cyknęły” mi nawet kilka zdjęć telefonem, a starsza latorośl nakręciła filmik. Gdy przechodziłem obok domów sąsiadów, zaczęli bić mi brawo, doceniając wysiłek fizyczny i wytrzymałość. Oklaski przy otwartej kurtynie to miła rzecz, jednak nie do końca zrekompensowały zmęczenie. Dopiero przystrojona choinka i radość z tego powodu mojej rodziny wynagrodziły mój trud.

Tęsknota za Polską

Obecnie trener pierwszoligowej Odry Opole Jarosław Skrobacz jedne ze świąt spędził za granicą: - W latach 90. wyjechałem z żoną na pół roku do Londynu i właśnie w stolicy Anglii spędziliśmy święta Bożego Narodzenia - wspomina szkoleniowiec. - Jak wszyscy w tamtych ciężkich czasach w Polsce, wyjechaliśmy „za chlebem”, czyli po to, by podreperować domowy budżet. Zostawiliśmy pod opieką dziadków naszego syna Łukasza, a tęskniliśmy nie tylko za nim, ale również za całą rodziną. Dzisiaj - w dobie telefonów komórkowych, Facebooka, Twittera - wydaje się to abstrakcyjne, ale wówczas dzwoniliśmy do kraju z... budki telefonicznej. Oczywiście w kolorze czerwonym, jak można było zobaczyć w kultowej komedii „Miś” ze Stanisławem Tymem w roli głównej. Zawsze mieliśmy przy sobie mnóstwo monet, bo połączenie było bardzo drogie i automat „połykał” bilon w błyskawicznym wręcz tempie. Tuż przed Wigilią urządzaliśmy z żoną wyprawy na drugi koniec Londynu, by kupić polskie wędliny i mieć chociaż namiastkę polskich świąt. Oczywiście nie było mowy o zakupie i spożywaniu tradycyjnego w naszym kraju karpia, ale bez ryby nie mogło się obejść. Żona z koleżankami kupiła i przyrządziła jakąś rybę, lecz od razu się przyznam, że do dzisiaj nie wiem, co to było. To był dla nas obojga duży dyskomfort, ponieważ nigdy wcześniej nie spędzaliśmy świąt za granicą. Wtedy przekonałem się, że wszędzie jest dobrze, ale w domu najlepiej. W takich chwilach człowiek tęskni za krajem i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Po prostu próbowaliśmy stworzyć atmosferę zbliżoną do tej, którą znaliśmy z Polski. Choinka była mała i sztuczna, ale w takich momentach nie ma miejsca na grymaszenie. Sylwestra spędziliśmy na słynnym Trafalgar Square. Atmosfera była niesamowita, zjechali się tam bowiem ludzie niemal z całego świata, by przywitać Nowy Rok. Jazda metrem do godziny 2.00 nad ranem była darmowa. Przed wejściem na Trafalgar Square wszyscy byliśmy poddawani drobiazgowej rewizji, nie tylko przez policjantów, ale również wolontariuszy, a mimo to o północy szampan lal się strumieniami, korki z jego butelek strzelały niczym z salwa armatnia.

Bogdan Nather


Piotr Hauder (z prawej) na swoim ramieniu taszczył trzymetrową choinkę ponad 1,5 kilometra. Fot. archiwum Piotra Haudera