Rózga, Oscar, toast
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
Przy okazji świąt – a zwłaszcza końcówki roku – dominujące na (nie tylko) sportowych stronach gazet i w serwisach internetowych stają się wszelkiej maści podsumowania mijających 12 miesięcy. Najczęstsza formuła? Prezenty i rózgi, mające oczywiście oznaczać wygranych i przegranych tego okresu. Banał? Może i tak. Czemuż jednak się do zabawy nie przyłączyć, skoro jest tak popularna?
Tylko... jakoś te rózgi nam nie pasują na oznaczenie czegoś negatywnego, bo samo słowo – w wersji Rózga, przez duże „R” – kojarzy się nam całkiem pozytywnie. Nie ma przypadku w tym, że akurat Filip Rózga dostał jesienią od Jana Urbana nie tylko wezwanie na zgrupowanie kadry narodowej, ale i szansę debiutu w oficjalnym meczu. Dalibyśmy mu za to może niekoniecznie Oscara za rolę pierwszoplanową, ale w konkurencji boiskowych aktorów (na razie) drugoplanowych zasłużył przynajmniej na nominację do statuetki.
Aaa właśnie, Oscar. A raczej Oskar – Pietuszewski oczywiście. Kaskader pełną gębą; w ofensywie Jagiellonii rozpala pożar na swoim skrzydle i śmiało weń wkracza, obalając defensywne mury i wyważając obronne bramy rywali. Efekty specjalne godne nagrody! Kwintesencją potwierdzającą zaliczenie go przez nas do beneficjentów świątecznych podarków są zaś plotki, że już za chwilę, już za momencik może zacząć zionąć tym ogniem jako „Smok” - ten z FC Porto...
A propos obecnego selekcjonera piłkarskiej kadry; wszyscy „eksperci” – cóż za karierę robi to słowo... - oczywiście sytuują go w gronie wygranych. Podpisujemy się pod tym obiema rękami, przy okazji doceniając rolę Cezarego Kuleszy. Tak tak, prezesa PZPN-u mamy na myśli. I nie tylko o samą decyzję (pierwszą po serii wyborów co najmniej dyskusyjnych) powierzenia Biało-czerwonych prawdziwemu ekspertowi – takiemu bez cudzysłowu – chodzi. Raczej o to, że mając w pamięci ogłoszenie nominacji „Felipe” (miast Fernando) Santosa na selekcjonera, baliśmy się innego – oczywistego – lapsusu. Na szczęście sternik związku utrzymał stres i nerwy na wodzy i oddał reprezentację w ręce Jana – a nie Jerzego... - Urbana. Toast za prezesa, „wypijmy za błędy!”.
A jak już śpiewać mamy, to może też po angielsku, i z fasonem! Najlepiej od razu „God save the Queen!”. Tak, wiemy, że teraz rodowici Anglicy uczą się wersji z rzeczownikiem rodzaju męskiego („King”). My jednak – w ramach uwielbienia dla Igi Świątek za jej spacerek przez wimbledońskie korty (a i rowerek, którym w finale odprawiła rywalkę) – wciąż preferujemy feminatyw w brytyjskim hymnie!
Nazbierało nam się paru (nie)oczywistych bohaterów. Może to i dobrze; polski sport, doświadczający zazwyczaj więcej batów niż sukcesów, potrzebuje pozytywnych postaci. Nie możemy też nie odnotować, choć w diametralnie odmiennej tonacji, roli Radosława Piesiewicza. Skrót nazwy kierowanej przez siebie organizacji – PKOl – rozwinął twórczo: Polski Komitet Olewania. Jego indywidualne – budzące u wielu wątpliwości natury formalno-prawnej – decyzje wyczerpują w pełni znaczenie tego brzydkiego, ale pasującego jak ulał do sytuacji, słowa. Olewanie opinii publicznej, ale i członków zarządu ponadstuletniej instytucji – w tym przypadku nawet rózga to za mało...
