Roraty z PZPN

BAD MAN Światłem w mrok sportu

Jako mały chłopak, taki minibadmanek, z obowiązku uczestniczyłem w roratach. Każdego dnia w adwencie mama owijała mnie w szal, a na wielki łeb naciągała czapkę. Z lampionem w dłoni i z kartką w kształcie serca, wzrok matki wytyczał mi trasę na kościół. Nie protestowałem, wszyscy tak mieli. O zmroku zmotywowani matczynym „Idziesz!” maszerowaliśmy do świątyni. Nie powiem, było klimatycznie. Pojedyncze lampiony z wszystkich ulic zlewały się w rzekę światła wpływającą do kościoła.

Tradycją było podczas nabożeństwa zbieranie owych kartek dla wylosowania tej jednej jedynej. Szczęśliwiec zabierał figurkę Matki Boskiej do domu, by móc dalej się modlić w towarzystwie całej rodziny, a często i sąsiadów.

Jezu, jak ja się modliłem każdego dnia, żeby mojej nie wylosowali!

Już wcześniej zapraszany byłem przez kumpli, którym szczęście spłatało figla, więc wiedziałem, czym to pachnie. Mieszkanie zmieniało się w kaplicę, nocny sen w modlitwę, a rozmowy w milczenie.

Ta historia, w której szedłem się modlić, lecz niosąc los modliłem się, aby mnie nie wylosowali, żeby się znów nie modlić, wróciła do mnie, gdy PZPN przedstawił nazwiska wchodzące w skład komisji do spraw mediów w swoim związku.

Absolutnie zrozumiałe jest dla mnie to, że każdy szuka nowych wyzwań, ale twierdzę, że rzetelnie, bezstronnie i różnorodnie już było! W świecie kurczącej się dziś przestrzeni dziennikarstwa przyjęcie posady rzecznika nie skutkuje już moralnym skreśleniem się z zawodu. Emocjonalne komentowanie wydarzenia sportowego z faworytem wypisanym na czole to budowa autorytetu w zawodzie i sposób na rozpoznawalność. Obrażanie, wyśmiewanie zaś szansą na viral.

Następny krok to już tylko głębiej, mocniej i głośniej. Znany dziennikarz nie stracił pracy w stacji, w której pracując za dnia w informacjach, wieczorami pisał teksty dla działaczy partyjnych, którzy chcieli zlikwidować jego stację. Inny mniej znany dziennikarz - ale znany z budowania rozpoznawalności między innymi przez inności własnego dziecka - lamentem swym wymusił zwolnienie satyryka za niefortunny żart w imię poprawności politycznej i własnych fobii. Więc skoro sami dziennikarze powiększyli pole swych zawodowych kompetencji bez zmiany zawodu, to można powiedzieć, że PZPN wyszedł im naprzeciw.

Szatański plan PZPN, a dokładnie mówiąc regulamin komisji, który zabrania wybranym doń dziennikarzom informowania o faktach, o których się tam dowiedzieli, to zbrodnia doskonała.

Machiavelli by tego lepiej nie wymyślił. Dziś w PZPN wystarczy powiedzieć coś głośno, by rozmowy ucichły i wszyscy zaczęli milczeć.

W teorii dostrzeżenie pracy dziennikarza przez największy związek sportowy w Polsce to bez wątpienia zaszczyt. Zaproponowanie stanowiska w ciele doradczym to zawodowy sukces. Natomiast zamknięcie ust regulaminem i docenienie wynagrodzeniem to już wyrzucenie z zawodu. Poszukuję, docieram, wątpię, dopytuję, czytam, śledzę i weryfikuję. Piszę dla czytelnika, widza i słuchacza. Oczywiście, że marzę o jego uznaniu. Par excellence to najwyższa nagroda, więc trochę biorę udział w tym losowaniu.

Jezu, jak ja się modliłem, żeby redakcji „Sportu”nie wybrali.

Bo nie mogę dziennikarsko milczeć i nie chcę brać za to pieniędzy.

BAD MAN

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się