Pstry koń
LIGOWIEC - Paweł Czado
Łaska pańska na pstrym koniu jeździ – głosi przysłowie, ale w naszym przypadku bardziej łaska kibicowska. Obecnym sezon jest tak niezwykły, że w wielu miejscach w naszym kraju, będąc za jakąś drużyną, można nadwyrężyć w sobie wiarę, nadzieję i miłość, a potem na nowo je w sobie rozpalić. Kto wygrywa – przegra, kto przegrywa – wygra. Kto wygrywa, prawie od razu wspina się w tabeli, kto przegrywa – obsuwa się w niej. Dość powiedzieć, że między drużyną, która jest pierwsza, a nie zapewnia sobie promocji do pucharów, a drużyną, która jest tą ostatnią bezpieczną, jest ledwie sześć punktów i w tej ciasnej przestrzeni pędzi koło siebie w peletonie jedenaście zdyszanych i nerwowo rozglądających się wokół zespołów. Zaprawdę, kolarstwo ma wiele wspólnego z futbolem!
Ten sezon jest niezwykły, pierwszy taki od 1927 roku, czyli od momentu, kiedy mistrza wyłania się w rozgrywkach ligowych. Ciągle kto inny na wierzchu i pod spodem, kotłuje się w tabeli i... wciąż tak będzie! Czasami stwierdzenie, że w jakiejś zbiorowości każdy może wygrać z każdym, jest jedynie reklamowym hasłem i najczęściej okazuje się gołosłowne... Nie w tym jednak przypadku!
Przykłady? Obecny lider potrafił przegrać u siebie z zespołem zajmującym miejsce tuż przed strefą spadkową nawet trzema bramkami! Z kolei ostatni zespół w tabeli potrafił na wyjeździe wygrać do zera, wbijając cztery gole! Konkluzja? W polskiej ekstraklasie w tej chwili możliwe jest naprawdę wszystko...
Od uwielbienia do upodlenia jeden krok, od upodlenia do uznania – również. Przekonują się o tym całe drużyny, przekonują również pojedynczy piłkarze. Idealnym przykładem jest choćby Mileta Rajović, duński napastnik czarnogórskiego pochodzenia, który kosztował Legię 3 mln euro. Z nim w składzie, zamiast o mistrza, klub z Łazienkowskiej desperacko walczy o utrzymanie. Krytyka jego występów i strzeleckiego dorobku narastała w legijnych środowiskach kibicowskich z tygodnia na tydzień. Nieśmiałe głosy zniecierpliwienia szybko zmieniły się w oskarżenia pełne drwiny i chamstwa. Symbolicznym głosem tej niewyrobionej w dużej mierze części trybun jest Wojciech Hadaj, były spiker stadionowy Legii Warszawa, którego nie raz, nie dwa poniosło... Ten były pracownik, bo przecież nie dziennikarz, mediów klubowych znany z bardzo emocjonalnego, obraźliwego, ordynarnego, często wręcz knajackiego stylu wypowiedzi też agresywnie używał sobie na piłkarzach. W tym sezonie nerwy puszczają mu wyjątkowo często, widać to w mediach społecznościowych. „Szmaciarze, piłkarscy przebierańcy, sportowi oszuści, przepłacone k***y , mam nadzieję, że Ł3 przywita was odpowiednio” – wyrzucił z siebie Hadaj po jednej z wyjazdowych porażek, w tym wypadku europucharowych. W następnym sezonie takich z pewnością nie będzie, niemniej mający wierne grono wyznawców Hadaj w pogoni za poklaskiem nie pieści się w Rajoviciem w tańcu. Nazywał go „drewnem” i obśmiewał, gdy ten, wyraźnie mając kłopoty z aklimatyzacją w specyficznym legijnym środowisku, zaliczał kolejne mecze bez goli. Nawet gdy wreszcie trafił, miał z niego „polewkę”. W ostatni weekend dwa gole Rajovicia dały Legii superważne zwycięstwo nad Pogonią. Hadaj po tym meczu stwierdził, że Legia „nigdy nie spadnie”. Do Rajovicia na razie się nie odniósł. Cichutko...
