Przyjaciele dzieciom

Rozmowa z Piotrem Ćwielongiem, byłym piłkarzem Ruchu Chorzów, VfL Bochum i mistrzem Polski ze Śląskiem Wrocław

Nie przegap okazji, by połączyć sportowe emocje z dobrym uczynkiem - zaprasza Piotr Ćwielong.

Zaraz po świętach organizuje pan pokazowe mecze piłki halowej „Przyjaciół Mateco” (27 grudnia, 18.00, MORiS Chorzów). Co to za impreza?

- Od trzech lat bawiliśmy się w sylwestrowe granie. Ogólnie mówiąc – spotykaliśmy się z kolegami z boiska, graliśmy mecz i rozchodziliśmy się świętować do domów. Teraz z moim przyjacielem stwierdziliśmy, że skoro kibice i tak przychodzili do hali oglądać w akcji znane nazwiska, czy porobić sobie zdjęcia, jak miało to miejsce rok temu, gdy był z nami Łukasz Piszczek, to dlaczego nie ubrać tego w ramy organizacyjne i zagrać charytatywnie dla kogoś. Dzięki temu moglibyśmy przecież komuś pomóc.

Dla kogo zagracie w tym roku?

- Dla Świetlicy Socjoterapeutycznej św. Wincentego w Chorzowie, która od lat wspiera dzieci i młodzież, oferując im pomoc, rozwój i wsparcie w codziennych wyzwaniach. W trakcie meczów będziemy zbierać pieniądze, wolontariusze ze świetlicy będą prowadzić zbiórkę datków do puszek. W trakcie imprezy odbędzie się też licytacja unikalnych sportowych koszulek i gadżetów. To będzie doskonała okazja zdobycia niepowtarzalnych pamiątek. Będzie mnóstwo emocji sportowych, świetna atmosfera i okazja, by razem zrobić coś dobrego. Wstęp jest wolny – rozpoczynamy w o godzinie 18.00. Pamiętajmy: każdy datek pieniężny się liczy!

Jakich byłych tuzów piłki nożnej zobaczymy w piątek na parkiecie w Chorzowie?

- Zagrają trzy drużyny: Mateco, w której jeszcze gram, druga drużyna to moi przyjaciele oraz jeszcze taki zespół pomieszany - przyjaciele dyrektora sportowego Ruchu, Tomka Foszmańczyka. To będą trzy pokazowe spotkania. Jeśli nic się nie zmieni, to zapowiadali się m.in. Robert Podoliński, Adrian Mierzejewski, selekcjoner futsalowej reprezentacji Polski Błażej Korczyński oraz ekipa „Niebieskich” z Danielem Szczepanem, Tomaszem Foszmańczykiem, Łukaszem Monetą na czele. Będzie także trener „Niebieskich” Dawid Szulczek, choć ze względu na zdrowie raczej nie zagra. I dalej Grzesiu Baran, Arek Piech, Damian Gorawski i jeszcze wielu innych. Chciałbym przy okazji podziękować dyrektorowi MORiS-u za udostępnienie hali oraz Wojciechowi Dobrzyńskiemu, prezesowi sekcji futsalu Ruchu Chorzów, za przychylność i pomoc w organizacji poprzez udostępnienie swoich terminów hali.

Skąd u pana charytatywne zacięcie?

- Zawsze komuś pomagałem, ale bez rozgłosu. Nie lubię szumu wokół siebie, nie będę wrzucał do mediów społecznościowych, że nazywam się Ćwielong i chcę pomagać, albo że pomagam. Ale w takiej akcji charytatywnej bez rozgłosu, bez dobrej promocji nie osiągnie się jednak zakładanego celu. Dlatego uznaliśmy, że w takiej „głośniejszej” formule zadziałamy lepiej i osiągniemy dla świetlicy dużo więcej. To pierwsza taka charytatywna akcja, na pewno nie ostatnia. Zapewniam, że będą kolejne w przyszłych latach i na większą skalę, a wszystko dla dzieciaków.

Co pan teraz porabia?

- Edukuję się wciąż, bo chcę zostać przy piłce. Mam szkoleniowe uprawnienia UEFA B i A, ale jeszcze nie czuję tego, żeby po prostu poświęcić się w całości trenerce. A jeśli ja nie czuję czegoś na sto procent, to nie chcę tego robić. Natomiast gdy jestem w Niemczech, czy gdziekolwiek, to się przyglądam, jak to funkcjonuje. Bliżej mi chyba do organizacyjnej zabawy w futbol, jak na przykład układanie klubu. W tym bym się czuł zdecydowanie lepiej. Być może to będzie moje zajęcie w przyszłości.

Ale mieszka pan w Polsce?

- W Chorzowie.

Więc polską ligę pan ogląda?

- Oczywiście. Teraz tak naprawdę w ekstraklasie trzymam kciuki za Śląskiem Wrocław, bo nie jest dobrze z moim byłym klubem, z którym zdobyłem mistrzostwo kraju, wicemistrzostwo i trzecie miejsce. Dlatego liczę, że coś się zmieni. Zobaczymy jaki trener obejmie zespół na wiosnę i czy to wszystko dobrze poukłada. To w ogóle dziwna, wręcz niewiarygodna sytuacja, że wicemistrz Polski z poprzedniego sezonu teraz jest ostatni i może spać z ekstraklasy. No, a lokalnie to jestem praktycznie na każdym meczu Ruchu Chorzów.

W Niemczech też pan ma swoje sympatie?

- Patrzę naturalnie na wyniki klubów, w których występowałem. Kibicuję Borussii Dortmund, także ze względu na Łukasza Piszczka, z którym występowałem razem w Goczałkowicach - a graliśmy też przeciwko sobie, jak byliśmy młodzi - i z którym mam nadal bardzo bliski kontakt, a który jest asystentem trenera Nuri Sahina w Dortmundzie. Niedawno byłem na meczach Borussii z Barceloną, Bayernem.

No i kibicuje pan też GieKSie, co wywołuje u niektórych hejterskie zachowania.

- Synowi przede wszystkim kibicuję. Nie mam z tym problemu. Jeżeli mój syn jest w kadrze na mecz, to dlaczego ojca ma nie być na jego meczu w Katowicach? Jeśli ktoś tego nie rozumie, to już jest jego problem.

Ależ pan nie musi się tłumaczyć...

- Jeśli ktoś będzie w mojej sytuacji, to zrozumie dlaczego pojawiam się też na Bukowej. Syn wybrał taką drogę, taki klub, a dla mnie nie ma znaczenia, czy jest to GKS, czy Legia, czy Górnik Zabrze. Nie wyobrażam sobie, że mogę nie być na jego meczu i nie ściskać kciuków za synem.

Liga jest mocniejsza, czy jednak mecze są na słabszym poziomie niż w pana stosunkowo nieodległych czasach?

- Wydaje mi się, że jakościowo jest słabsza, a na pewno nie jest lepsza. Wtedy jednak lepsi piłkarze występowali niż obecnie. Natomiast w przygotowaniu motorycznym, siłowym jest mocniejsza. Jest na lepszym poziomie, niż wtedy, gdy ja grałem. Tylko ta ich jakość.... Proszę mi wymienić jakąś super „dziewiątkę”? Może Ishak w Lechu...

Jeszcze Leonardo Rocha i... zaczynają się schody. Poza tym są to zagraniczni napastnicy...

- No właśnie. Kiedyś tylko w Chorzowie grali Sobiech, Piech, Niedzielan, Kuświk, a w każdym klubie było po kilku napastników. A weźmy na tapetę bocznych pomocników. Każdy trener się cieszy, jeśli ma szybkiego skrzydłowego, który umie się kiwać. Teraz akcje opierają się na zagraniu do bocznego pomocnika, a boczny co robi? Zagrywa z powrotem i grają "koronkę". Jest bardzo mało w ekstraklasie kreatywnych zawodników, którzy zabiorą piłkę i pójdą na przebój jeden na jednego, którzy potrafią pokręcić przeciwnikiem. Dlatego reprezentacji też jest ciężko, więc musi wejść na boisko Kamil Grosicki, bo umie grać jeden na jeden i jeszcze jest bardzo szybki. A problem jest taki, że PZPN mnoży kursy trenerskie. Produkujemy trenerów mentalnych, od przygotowania fizycznego, od tego i tego, a nie szkolimy trenerów, którzy nauczą młodych chłopaków po prostu grać w piłkę.

Zbigniew Cieńciała