Przy lampce wina

Rozmowa z Henrykiem Wawrowskim, 25-krotnym reprezentantem Polski, srebrnym medalistą igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 roku

Reprezentacja Polski przed słynnym meczem z Holandią na Stadionie Śląskim w 1975 roku. Od lewej: Zygmunt Maszczyk, Robert Gadocha, Grzegorz Lato, Henryk Wawrowski, Andrzej Szarmach, Henryk Kasperczak, Antoni Szymanowski, Mirosław Bulzacki, Władysław Żmuda, Jan Tomaszewski, Kazimierz Deyna. Fot. laczynaspilka.pl

Dwukrotnie w meczach o punkty występował pan przeciwko Holandii. Jakie są pana oczekiwania przed piątkowym spotkaniem Biało-czerwonych z tą reprezentacją  w Warszawie?

– Dobrze byłoby wygrać, ale Holendrzy, wiadomo, to jest firma. Personalnie skład mają lepszy, ale patrząc na to, co było w przeszłości, to nieraz z nimi wygrywaliśmy, potrafiliśmy się im przeciwstawić, mimo że głośnych nazwisk tam nie brakowało. Faworytem jest Holandia, co do nas, to jesteśmy nieobliczalni. Możemy zagrać super albo... słabo.

Stać nas na wygraną?

– Piłka nożna to taki sport, że wygra ten, kto strzeli jedną bramkę więcej. Jak podejdziemy do tego spotkania z odpowiednim nastawieniem, to nie powinno być źle. Zresztą w tej chwili na świecie nie ma już łatwych meczów, nie ma łatwych przeciwników. Na każde spotkanie, nawet w teorii z tymi drużynami z trzeciego piłkarskiego świata, trzeba wyjść w pełni zmobilizowanym, przygotowanym, z pozytywnym nastawieniem. Wszystko trzeba pokazać na boisku. Każdego rywala można pokonać – oczywiście pod warunkiem, że nie przegra się tego meczu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Trzeba pamiętać, że to tacy sami ludzie jak my. Jestem optymistą i wierzę, że w przyszłym roku ponownie zagramy na mistrzostwach świata.

Nowy selekcjoner Jan Urban wlał nadzieję w serca kibiców i ekspertów. Jak pan, jako były reprezentant, ocenia jego kilka miesięcy pracy?

– Trzeba dać nowemu trenerowi szansę. Najważniejsze, żeby kierował się zasadą, że w kadrze jest ten, który na teraz jest w najlepszej formie, a nie sugerować się tym, kto mu coś podpowie.

Zawsze zwraca pan uwagę na tych podpowiadaczy, menedżerów…

– Powinno być tak, że jeśli grasz, jesteś najlepszy, to występujesz w reprezentacji, a nie decydują inne czynniki, układy. Oby być jak najdalej od tego. Trener wraz ze swoim sztabem sam ma podejmować decyzje, kto powinien być w reprezentacji, a kto nie. Obserwować, jeździć. Na pewno zadanie jest o tyle utrudnione, że jak się popatrzy na naszą ligę, to kilkadziesiąt procent w niej to obcokrajowcy, a z kolei ci, którzy występują w zagranicznych, zachodnich klubach, raz grają, a raz nie. Twardy orzech do zgryzienia, ale dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. Trzeba wyjść na boisko i grać. Chłopcy mają wyjść i pokazać się z jak najlepszej strony, czy Holandia, czy Brazylia, to tacy sami zawodnicy jak my.

W biało-czerwonych barwach rozegrał pan 25 meczów. Dwukrotnie mierzył się pan z reprezentacją Holandii, ówczesnym wicemistrzem świata. Spotkanie z 10 września 1975 roku, które odbyło się na Stadionie Śląskim, wygrane przez was 4:1, uchodzi za najlepsze za kadencji trenera Kazimierza Górskiego. Słusznie?

– Myślę, że tak. Dobre mecze reprezentacja grała wcześniej na igrzyskach w Monachium czy mistrzostwach świata w Niemczech, ale tutaj nie dość, że dobry przeciwnik, to jeszcze z takimi sławami w składzie jak Cruyff czy Neeskens. A jednak potrafiliśmy pograć. Choć oczywiście sami mieliśmy w składzie sławy, bo Kaziu Deyna, Grzesiu Lato, Andrzej Szarmach, „Tomek” (Jan Tomaszewski – przyp. red.) w bramce... Była ekipa, a boisko na Stadionie Śląskim pokazało, że i z takim rywalem można wysoko i po bardzo dobrej grze wygrać. Niestety, potem w rewanżu... Szkoda słów…

O to też za chwilę zapytam, ale jeszcze chciałem dopytać o jedną rzecz. Oni wtedy mieli skład naszpikowany wielkimi graczami – w obronie Ruud Krol, w pomocy Johan Neeskens, Wim van Hanegem. Do tego bracia van de Kerkhof, no i genialny Johan Cruyff. Jak podchodziliście do rywalizacji z nimi?

– Zawsze jest tak, że wygrywa ten, kto strzeli o bramkę więcej. Nam wtedy to spotkanie wyjątkowo wyszło. Wszystko wychodziło, graliśmy bez kompleksów, rywalizowaliśmy jak równy z równym. Przed meczem ktoś tam widział, że w hotelu Cruyff siedział przy lampce wina i było oburzenie, że jak to tak można przed meczem. Na boisko zawsze trzeba wyjść z takim nastawieniem, że nich się oni nas boją, a nie my ich. Teraz w sumie... także mamy niezłych piłkarzy.

Parę lat temu, kiedy rozmawialiśmy o meczach z Holandią, mówił pan o wspomnianym nieszczęsnym rewanżu miesiąc później, w październiku 1975, który przegraliście w Amsterdamie 0:3. Powiedział pan, że wpływ na wszystko mogła mieć... holenderska depresja. Wiadomo, duża część lądu w tym kraju położona jest poniżej morza. Mógłby pan rozwinąć ten wątek?

– Naprawdę trudno racjonalnie coś powiedzieć o tym, co się tam wtedy wydarzyło. Pamiętam, że jeszcze dzień przed meczem wyszliśmy na rozruch pełni energii, naładowani. Było widać, że coś chcemy, że powinno być dobrze. Potem, już na rozgrzewce przed meczem, coś było nie tak. To był nie ten zespół! Różne chodziły wersje łącznie z taką, że coś nam dosypali do jedzenia.

A nie mieliście wtedy swojego kucharza?

– Nie, to jeszcze nie te czasy, ale nie przypuszczam, że byliby zdolni do posunięcia się do czegoś takiego. W końcu to sport. Ale nawet jak dziś wracam do tego, co było 50 lat temu, to trudno to jakoś normalnie wytłumaczyć. Dzień przed meczem jeszcze wszyscy normalnie goniliśmy, a w dniu spotkania zupełny klops w naszym wykonaniu…

Z drugiej strony pamiętam historię, którą opowiadał mi Hubert Kostka. W listopadzie 1965 jechaliśmy do Rzymu na ostatni mecz eliminacji MŚ z Włochami. Miesiąc wcześniej wygraliśmy ze Szkocją w Glasgow, była szansa awansu na mistrzostwa do Anglii, tymczasem skończyło się na klęsce 1:6. Piłkarze nie byli sobą, coś było nie tak, podejrzewano niecne działania gospodarzy z podaniem czegoś do jedzenia. 10 lat później w eliminacjach mistrzostw Europy to do Włoch lecieliście ponoć ze swoim jedzeniem.

– Kiedyś nie było mody, że latało się z kucharzem, z jedzeniem. Teraz na miejscu wszystkiego samemu się dogląda. Nikt by jednak nie podejrzewał, że przeciwnik mógłby się posunąć do takiego zagrania, ale jak jeszcze raz powtórzę, do dzisiaj nie wiem, nie potrafię wytłumaczyć, co się tam wtedy w tym rewanżowym meczu w Holandii stało.

Do NRD za trenera Piechniczka jesienią 1981 roku na mecz eliminacji MŚ też jechało się ze swoim prowiantem i wodą…

– Tam wtedy nie było wiadomo, co się wydarzy. Zawsze to tylko przypuszczenia, a wszystko weryfikuje boisko.  

Patrząc na naszą grupę G eliminacji, wszystko wydaje się ustalone, bo trudno przypuszczać, żebyśmy wyprzedzili Holandię i żeby nas wyprzedziła Finlandia. Drugie miejsce to baraże. Na razie na drugim miejscu w grupach są takie zespoły, jak Włochy, Ukraina, Szkocja, Turcja, Węgry, ale też Kosowo, Bośnia czy Macedonia. Stać nas na to, żeby awansować na amerykański mundial?

– Oczywiście, że tak. Te reprezentacje, które pan wymienił, to nie są herosi piłki nożnej, a czemu my mamy mieć kompleks tego czy innego rywala? Wszyscy są w zasięgu, nawet teraz Holendrzy, ale oczywiście do wszystkiego trzeba się w należyty sposób przyłożyć. Nie można przegrać przed meczem. Trzeba wyjść i grać! Nie tylko defensywa, nie ofensywa na hurra, ale trzeba grać z planem, postawić swoje warunki. Jestem optymistą, wierzę, że zagramy na MŚ w 2026 roku.

Rozmawiał Michał Zichlarz                 

HENRYK WAWROWSKI

Data urodzenia : 25 września 1949 r.
Miejsce urodzenia : Szczecin
Pozycja na boisku : lewa obrona
Kariera : Arkonia Szczecin, Gwardia Warszawa, Pogoń Szczecin, Iraklis, Arkonia, Esbjerg  
Reprezentacja (mecze/bramki): 25/0

Sukcesy: srebrny medal olimpijski (1976 r.) 

Henryk Wawrowski. Fot. 24kurier.pl

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się