Przegrali z maszyną

Trzeba uczciwie przyznać, że rywale byli po prostu lepsi. To był zespół grający jak maszyna – podkreślił po finałowej porażce ekipą z Perugii Jurij Gładyr, środkowy Jurajskich Rycerzy.

Aluron CMC Warta drugą siłą w Europie. Sukces, ale niedosyt pozostał. Fot. IPA/ PAP/ ABACA

LIGA MISTRZÓW

Za nami ostatni akord sezonu klubowego 2025/26 w Europie. Final Four Ligi Mistrzów nie był do końca udany dla naszych drużyn, Aluronu CMC Warty Zawiercie oraz PGE Projektu Warszawa. Zawiercianie z Turynu wracają po raz drugi z rzędu ze srebrem. W półfinale pokonali Ziraat Bankkart Ankara, ale w decydującym starciu znów przegrali z Sir Sicoma Monini Perugia. Przed rokiem w Łodzi ulegli 2:3, teraz zdecydowanie 0:3, nawiązując walkę jedynie w pierwszym secie. Mogli go nawet wygrać, bo mieli piłkę kończącą w górze, lecz Perugia wyszła z tych problemów, a potem poszła za ciosem.

Co by było, gdyby…

Ostatnia akcja pierwszego seta zakończyła się jednak kontrowersją. Zawiercianie długo kłócili się o nią z sędziami. Nic nie wskórali, ale i nie mieli złudzeń co do wyniku i przebiegu starcia. - Może jakby można było sprawdzić przełożenie, tak jak w PlusLidze, to może set nie zakończyłby się w tamtym momencie, ale ogólny obraz jest taki, że wygrał zespół zdecydowanie lepszy. Nie ma co teraz rozważać decyzji sędziów. Złamali nas w końcówce pierwszego seta. Nie powinno to tak wyglądać, ale z drugiej strony naprawdę trzeba oddać przeciwnikowi, że był po prostu świetny. Nawet w pierwszej partii było złamać, ciężko było coś dostać ekstra, nic nie chcieli dać. Grali naprawdę dobrze, taką fizyczną siatkówkę. Ciężko się było dobić do boiska. Z perspektywy parkietu czuliśmy się, jakby ktoś nam niezłe „lanie” spuścił. Boli to, bo każdy z nas chciał pokazać się w trochę lepszy sposób – podkreślił Jakub Popiwczak, libero Aluronu CMC Warty, dla którego był to już trzeci przegrany finał Ligi Mistrzów.

W poprzednich latach z JSW Jastrzębskim Węglem uległ najpierw ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle, a następnie z Itasowi Trydent. - Boli tak samo, jak poprzednie dwa razy. Nie ma co ukrywać, myślał człowiek: może do trzech razy sztuka, może kolejna szansa. Kolejny raz zagrać w finale Ligi Mistrzów to jest duża rzecz, przyjeżdża się tu po to, żeby wygrać. Teraz uczucie to gorycz, rozczarowanie jest duże – dodał.

Byli lepsi

Jurij Gładyr też zna smak porażki w Lidze Mistrzów. - Nie udało się wygrać po raz czwarty w mojej siatkarskiej przygodzie, ale dziś mogę już spojrzeć na to spokojniej. Są porażki, które bolą bardziej. Jak się jest o włos od zwycięstwa, jak finał z ZAKSĄ w Turynie trzy lata temu, przegrany w tie-breaku (Gładyr był zawodnikiem JSW Jastrzębskiego Węgla – przyp. red.), to bolało niesamowicie. Teraz była różnica klasy. Trzeba to przyznać. Wyszedł zespół, który jest konkretny, który gra jak maszyna, czyli cierpliwie, jest pewny swojej jakości i konsekwentny od początku do końca – ocenił środkowy. - Możemy gdybać, co by było, gdyby udało się nam wygrać pierwszego seta, ale wydaje mi się, że nic by to nie zmieniło. Może  rozwinęlibyśmy skrzydła i poczuli się pewniej, lecz przebieg spotkania pokazał, że Perugia była poza naszym zasięgiem. Trzeba docenić jej klasę.

Zawiercianie w tym sezonie wywalczyli po raz pierwszy w historii klubu mistrzostwo Polski, ponownie zostali natomiast wicemistrzem w LM. Libero uważa, że dwa tak cenne medale to bardzo dobry wynik, mimo porażki w niedzielnym finale.

Zawiercianie sezon zakończyli z trzema medalami, mistrzostwem Polski, srebrem w Lidze Mistrzów i brązem Klubowych Mistrzostw Świata. – Trzy medale to wielka sprawa. Tylko Puchar Polski nam nie wyszedł. Mamy co świętować. Cieszę się, że sezon skończony, bo jestem już trochę zmęczony – przyznał Mateusz Bieniek, kapitan Aluronu CMC Warty.

Obudzony zwierz

Drugi nasz finalista, PGE Projekt Warszawa, z Turynu wraca z niczym. Przegrał półfinał z Perugią (0:3) i mecz o trzecie miejsce z Ziraatem Bankkart (2:3). Damian Wojtaszek, kapitan stołecznej drużyny po starciu z turecką ekipą miał sporo uwag do arbitrów. - Akcja związana z sędzią - piłka była za antenką, ona za szybko zagwizdała, nie można brać weryfikacji wideo na takie coś, a ona nagle bierze i kończy się bez punktu. To prowokuje Nimira (Abdel-Aziza – przyp. red.) dodatkowo, który podczas losowania mówił mi, że już nie ma siły. Sędzia pobudziła emocje w trakcie seta, testosteron rośnie i obudziliśmy najlepszego atakującego na świecie, który wygrał sam tie-breaka. Tak się nie robi – denerwował się Wojtaszek. - Była druga sytuacja, kiedy wróciliśmy do gry. Sędzia za szybko odgwizdała, piłka uderzyła w nogę i było bez punktu. Człowiek walczy o to, żeby zagrać w Final Four, a tutaj nagle takie dwie decyzje, które odbierają nam dwie kontry. W tie-breaku to jest na wagę złota. Dodatkowo jeszcze „budzimy zwierzę” w ataku - dodał.

Na błędy sędziów zwrócił także uwagę rozczarowany wynikiem trener PGE Projektu Kamil Nalepka. - Przez cztery sety nie chcieliśmy ich prowokować, bo wiedzieliśmy, że jak się sprowokuje Nimira i „Forniego” (Tomasza Fornala – przyp. red.), to będą kłopoty. Udawało nam się to. W pierwszej akcji tie-breaka sprowokowano Ziraat, ale nie my to zrobiliśmy, tylko sędziowie. Nie chcę się wypowiadać na temat ich pracy, ale... boli bardzo - przyznał Nalepka.

(mic)

__________________________

Paliwo na wyczerpaniu

ZDANIEM EKSPERTA - Ireneusz MAZUR, były trener reprezentacji Polski, obecnie ekspert Polsat Sport.

- Po naszych drużynach spodziewałem się więcej. Gdyby zdobyły srebro i brąz, wynik byłby wtedy pozytywny, a tak jest rozczarowujący.

- Zdobycie przez Zawiercian srebrnego medalu jest potwierdzeniem naszej wysokiej pozycji w klubowej siatkówce w Europie. Mam jednak wrażenie, że mistrz Włoch nam odjechał. W ubiegłym roku Aluron CMC Warta przegrał z Perugią 2:3, teraz było gładkie 0:3. A PGE Projekt Warszawa w Final Four nie zdobył nawet seta. To było trochę dołujące, w końcu grały złoty i brązowy medalista mistrzostw Polski, w którym świetnych i doświadczonych zawodników nie brakuje. Oczekujemy od nich więcej.

- Czy Perugia była do ogrania? Gdy się przegrywa 0:3, trudno mówić o wyrównanej walce. Możemy gdybać, co by było, gdyby pierwszy set potoczył się inaczej, ale się nie potoczył. Zresztą kolejne sety pokazały, że Zawiercianie byli bez szans. Zabrakło im „paliwa”. W ich grze brakowało mi energii, błysku i determinacji . Może czuli już zmęczenie? Ewidentnie w finale nie wytrzymali ciśnienia.

- Zespół z Warszawy natomiast zagrał na tyle, na ile było go stać. Jego postawa była pokłosiem problemów, z którymi się zmagali w sezonie. Najpierw zmiana trenera, później słabsza niż oczekiwano dyspozycja Linusa Webera, który był szykowany na pierwszego atakującego, a musiał go zastąpić Bartosz Gomułka. W końcu kontuzja Bartosz Bednorza, jednego z liderów. W Turynie bardzo go brakowało.

(mic)

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się